Lista OFF-owych przebojów

Mam dość czytania relacji z Offa, których nie rozumiem. Przemądrzałych blogerów mamy w Polsce teraz całą masę. Silą się na elaboraty przez które często nie da się przebrnąć, a na dodatek powtarzają w nich oklepane frazesy. Ponadto posługują się takim słownictwem, że aby zrozumieć co mieli na myśli, trzeba się zaopatrzyć w kilka słowników i inne mądre książki. Dlatego moja relacje będzie nieco inna, bo prosta (żeby nie napisać prostacka) i formie niby takiej listy przebojów. Czytałem już alfabety (sam taki jeden popełniłem przed kilku laty), plusy i minusy, typowe opisy koncertów, ale takiego topu nigdzie jeszcze nie widziałem. Zatem do sedna.


Po przestudiowaniu co ważniejszych i (dzięki Facebookowi) tych całkiem przypadkowych meldunków z tegorocznego Offa odniosłem wrażenie, że większość pozytywnie zaskoczyły występy Islam Chipsy i Ata Kak. Mnie nie, bowiem systematycznie w trakcie kolejnych festiwalowych ogłoszeń starałem się zapoznawać z twórczością wykonawców, których wcześniej nie znalem. Dzięki internetowi ich dokonania miałem w jednym paluszku, więc wiedziałem czego się spodziewać. W wyniku powyższego nie poszedłem na ich koncerty. Męczy mnie ta cała muzyka afrykańska i azjatycka. Rzadko udaje mi się zapamiętać kawałek melodii czy refrenu, zwłaszcza to orientalne pitolenie zlewa mi się w jedną asłuchalną lurę. Lubię koncerty tych artystów, których piosenki mogę sobie zanucić, które chodzą mi po głowie we dnie i w nocy. Zatem przebojem Offu 2016 został dla mnie singiel TaxiWars „Death Ride Trought Wet Snow”, katowany przed imprezą na Spotify. Zresztą zarówno na płycie jak i w Katowicach wyróżnił się na tle podobnych do siebie kawałków grupy.

Tuż za nim plasuje się „Santa Muerte” Brodki, które w studyjnej wersji do mnie nie przemówiło w ogóle. Tu, zastęp jednych z najlepszych muzyków w kraju, jakimi otoczyła się podczas koncertów wokalistka, tchnął w niego nowego ducha. Monika zadziwiła niektórych tym, że w pewnym momencie weszła na organy, aby wykonać riffa – było to podczas wykonu innego kawałka. Ja nie poczułem się z tego powodu wyjątkowo. Widziałem już wcześniej tę sztuczkę w jej wykonaniu. Dodam, że potrafi wejść jeszcze wyżej, obiema nogami (na Offie jedną) i bez pomocy technicznego (tutaj z pomocą).

Numer trzy to „Film” – z sentymentu. Występ K44 jak kilkakrotnie przemianował Kalibra ze sceny Abradab był słaby. Stałem tak trochę z boku, nie widziałem jednak wśród publiczności jakiegoś większego uniesienia. Nawet klasyki nie pomogły. Reakcje były niemrawe. Powrót nieuzasadniony. Przed południem wziąłem udział w wycieczce autokarowej po Śląsku i Katowicach. Większy entuzjazm wzbudził wśród uczestników przewodnik wskazując blok na Bogudzicach, z którego wyskoczył Magik, wcześniej nazwany przez niego katowickim bardem.

I tu największa niespodzianka tego zestawienia. Miejsce czwarte dla tegoż pana przewodnika za wykon przyśpiewki stadionowej Ruchu Chorzów. Doznania niezapomniane. Rojku, gdy jeszcze kiedyś ktoś odwoła Ci koncert – bierz go na zastępstwo. Pytaj w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Śląskiego.

Piątkę zamyka The Feral Trees z utworem „Animal”, który nieco zginął podczas ich występu. Oznacza to tylko, jak świetny jest debiut puławian, na którym oparli set. „Animal” mocno zaakcentował się za to w inny sposób. Był do kupienia w Off Markecie (Komis Płytowy Katowice / Antena Krzyku) w postaci limitowanej, offowo otagowanej 7”. Nakład wysprzedany. Ja zaopatrzyłem się w egzemplarz z nr 48. To w tym roku, w wyniku braku osławionych książeczek z tekstami Szubrychta jedyna pamiątka z festiwalu. Pięciu toreb z gadżetami od T-Mobile / Electronic Beats nie liczę. Zresztą większość z nich już rozdana.

Miejsce szóste zdobyli Minor Victories i ich „Breaking My Light”. Podobnie jak w przypadku TaxiWars najczęściej odtwarzany przeze mnie numer z ich debiutu. Najbardziej lubię te piosenki, które znam. Nic na to nie poradzę. W Katowicach słuchany pod drzewkiem z boku namiotu, bez widoku na artystów. W środku nie było miejsca. Jakiś ten Trójkowy namiot w tym roku mniejszy, czy tylko mi się tak wydawało? Ustawienie sceny na pewno inne i tym samym do poprawy. W następnym roku poproszę o to z poprzednich edycji.

Szczęśliwa siódemka dla Kiasmos, a tak naprawdę dla całej Sceny T-Mobile Electronic Beats, obfitującej w dobre występy GusGus, Rys czy Sleaford Mods. To jednak islandzki duet z tego całego towarzystwa (w przewadze panów z laptopami) wypadł najlepiej. Tanecznie, przebojowo (słuchaj „Swept”) i te lasery! Pomysł z elektroniczną sceną trafiony. Przydałoby się na niej tylko więcej instrumentów. Wiem, wiem budżet okrojony, a gość z iPadem czy nawet dwóch wezmą mniej niż regularny band. Z drugiej strony po co ich zapraszać skoro i tak wszystko leci jak u discopolowców z pendrivów? Ze złudzeń obdarł mnie gość ze Sleaford Mods. Play/Stop i ręce w kieszeniach.

Syny wrzuciły moje zdjęcie na fejsa, to ja ich w podzięce wklejam do zestawienia. W skrócie – dymy i mało światła, jak widać na załączonym obrazku. A pod nim takie wpisy: „Piernikowski królem Polski!”, „Gleba”, „Tylko koni żal…”, „Dojebaliście po całości. Dym Dym Dym, Piernikowski MC Ride nasz rodzimy”, „Sztos!”. Tyle w temacie. Aha, najlepszy numer: „Intro”. Zrobiło robotę.

Pozycja numer dziewięć to „Nie wiem”. Jeden z wielu przebojów Żółtych Kalendarzy, którzy crème de la crème swojej twórczości zebrali ostatnio na krążku „The Best Of”.  Same hity, nie znać wstyd! Po raz kolejny po „Spring Breaku” nie było mi dane zobaczyć ich występu w całości (zachciało się wycieczki do Tychów), ale na ten numer zagrany na końcu się załapałem. Dobre i to, bo przez niemoc PKP Niemocy rozpoczynającej w piątek festiwal nie posłuchałem wcale. 

Listę zamyka Zbigniew Wodecki bez Mitch&Mitch Orchestry, ale za to z „Pszczółką Mają”. W lineupie go nie było, ale znalazł sobie miejsce w jednym z offowych sklepów z płytami. A wszystko to za sprawą Gad Records i prapremiery płyty Karela Svobody z muzyką do popularnej kreskówki. Płytka wygląda tak i już od dwóch dni hula w odtwarzaczu.

Głosy na listę oddał:
Dominik Kleszko

Dodaj komentarz