Zostanie znacznie więcej

Mariusza Kargula nie ma fizycznie już od czterech lat. Ale spotkania, które odbywają się co roku wokół jego osoby, pokazują, że nie wszystko kończy się wraz z rozpadem materii. Tę historię i działania pamiętają nie tylko opisane w Kręgach energii szyszki chmielu, lecz także ludzie, którym zostawił część siebie. Może o tym świadczyć ich obecność i zaangażowanie w wydarzenia takie jak listopadowe w Filii nr 21 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Lublinie.

W poprzednich latach wspominaliśmy Mariusza jako poetę, prozaika i epistolografa. Równie ważną częścią jego działalności było dziennikarstwo i nie warto tej dziedziny pomijać, ponieważ oprócz wzorcowej realizacji wybranych gatunków – takich jak felieton, reportaż czy rozmowa, znajdują się tu przykłady bardzo zaangażowanej publicystyki czy wymykających się konwencji, a czasem spędzających sen z powiek niejednemu redaktorowi, recenzji. Z obszernego archiwum udało się wybrać kilka tekstów i zaprezentować je podczas spotkania w piątek 17 listopada. Publikowane w Echu Krasnegostawu (Jak wygrać wybory samorządowe), dwutygodniku polonijnym Biały Orzeł (Polski Oktoberfest), krasnostawskim Nestorze (Na drogach do świata współczulnego, Poszli za kraty), Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym (Moja A!), gazecie akademickiej Skafander (Krasnystaw, wieczór, zero alkoholu), radzyńskim Kozimrynku, ogólnopolskich: Frazie, Tygodniku Powszechnym i Chimerze, oraz na portalu Brzydkie Słowo na K złożyły się na dziennikarską drogę Mariusza i pokazywały, w jaki sposób trenował i rozwijał swój pisarski warsztat. W planowanej na wydanie późną jesienią 2018 roku książce znajdą się ich pełne wersje.

Czytaj więcej

Lubelszczyzna z listopadowego snu

Stanisława Kliszcza pamiętam jeszcze z czasu szkoły. Z liceum, do którego chodziłam, vis-à-vis jego miejsca pracy. Niewysoki dynamiczny pan wpadający i krążący po korytarzu podczas przerw międzylekcyjnych. Gestykulując, malując wizje działań, próbował nas, nieopierzonych nastolatków, zaprosić do Krasnostawskiego Domu Kultury. Przekonać, że życie toczy się gdzie indziej, sztuka i animacja mają odpowiedzi na nasze pytania. Jeśli nie wyartykułujemy ich podczas lekcji, nie musimy tego robić za pomocą napisów na murach.

Pamiętam go z konkursów poetyckich jako organizatora, lektora zwycięskich wersów, konferansjera większych wydarzeń. Zawsze zdumiewała mnie jego umiejętność wymowy prosto do mikrofonu, której niczego nie umiałam zarzucić. Nie znam drugiej takiej osoby w rodzinnym mieście Krasnymstawie, nie wiem, gdzie się tego nauczył i w jaki sposób mogłabym tę cechę od niego nabyć choćby drogą kupna. W końcu nie za takie umiejętności dziś płaci się podczas licznych warsztatów. Ale może Stanisław jest wyjątkiem. Nie wszystko ma na sprzedaż.

SK Czytaj więcej

10 x miłość i inne sprawy niepoliczalne…

Już niebawem, w sobotę 11 lutego, finał Konkursu Twórczości Miłosnej Ja Cię Kocham, a Ty Pisz! im. Mariusza Kargula. W tym roku wydarzenie odbędzie się po raz dziesiąty, bez Mariusza – po raz czwarty… Od czego się zaczęło, jak rodziło i rozwijało? Jakie zmiany zaszły w uczestnikach i laureatach na przestrzeni dziesięciu edycji? Czy warto jeszcze pisać o miłości, poddawać słowo sędziowskiej weryfikacji? Z czym wtedy trzeba się liczyć? O tym wszystkim oraz wielu innych kwestiach będziemy mogli porozmawiać podczas gali wręczenia nagród w X edycji konkursu. Ponieważ wieczór poezji miłosnej bez tekstów jest jak Kościół bez Ewangelii, nie zabraknie treści czytanych i przeżywanych. Pojawią się też niespodzianki dla publiczności i miłosne utwory Mariusza Kargula. Całość zwieńczy koncert Marity Albán Juárez & Pawła Kaczmarczyka, o którym więcej TUTAJ.

JCKATP_2017

Do zakochania i przeczytania! Czytaj więcej

Dziewiąty

 

Dziewiąty

/śladami reportażu magicznego/

17 Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów.
Zwycięzcy dam manny ukrytej
i dam mu biały kamyk,
a na kamyku wypisane imię nowe,
którego nikt nie zna oprócz tego, kto [je] otrzymuje.

(Ap 2, 17)

 

Obietnica spełniona. Huśtawka na Zastawiu jeszcze mnie unosi i coś w lekkim powiewie ogarnia zewsząd wszystkich tutaj się krzątających. Patrzę na niebo, bo zapowiadali deszcz, ale będzie tak, jeśli i ta środa szesnastego znów nas zaskoczy. Lipiec. Już miesiąc temu wszystko zakwitło i kąpałam się w zapachach, śmiechu, który tu wrócił, zaczepkach i odpowiedziach, czubiących się sprzeczkach. Cierpliwie się odnaleźli H. i T. Żadnej pracy i życia już się nie boją.

Wyjmuję z torebki pudełko po obrączkach. Obietnica, że po mnie przyjdziesz, gdy będziemy gotowi. Po nich mam Cię poznać. Zostawiłam też coś dla siebie. Dwa kamyki w kształcie łzy. Fioletowe, identyczne, prezenty od Twojej mamy chrzestnej. Lipiec zeszłego roku pamiętał ich ciężar na szyjach. Naszym potem i upałem przetarł rzemyki i rozerwał nas, oddzielił. Znalazłam je w grudniu, sprzątając. Jeden – niezmieniony. Drugi – pokrył się cały białymi plamkami. Jesteś zwycięzcą? Jak Ci teraz na imię?

Odwiedzam miejsca, słucham i patrzę – życie toczy się dalej. Prowadzę rejestr pocieszeń i słów: „Jeszcze kogoś poznasz. Całe życie przed Tobą!”. Śmieją się z nich głośno blade kosmyki na skroni, prześwity. Usuwam je dyskretnie już trzeci miesiąc, boli. I patrzę na dwie fioletowe przewieszki, rok temu identyczne. Jedna z nich dostrzegła zmianę. Czy wiesz, że miasta już szykują się do jesieni z Tobą? Życie toczy się dalej.

Rozpadły się korale, które mi dałeś, Twój komputer wciąż się wyłączał, odmawiał współpracy. Przed wyjazdem do Zamościa poszłam na chwilę jeszcze o coś Cię spytać. Deszcz znów zaskoczył i uciekając z cmentarza, zgubiłam czarny sweter. „Mariusz zabrał Ci żałobę” – usłyszałam później od jednej z kobiet Twojego życia. Jak bardzo chcesz, bym pamiętała? Jak bardzo chcesz, bym nie…? Zadzieram głowę na huśtawce, która ma dobrą pamięć. Nie do wiary. Od kiedy mieszkają tu jaskółki? T. i H. nie wiedzą. No tak, wśród roślin, zwierząt, życia po co na siłę doszukiwać się znaczeń.

Dziewiąty miesiąc. Nic więcej nie muszę mówić, potrzeba mi tylko uszu do słuchania. W dziewiątym miesiącu coś musi się narodzić.

brzydka postać na k

sezon kartoflany

 

stoję na moście patrząc na rzekę

robi mi się niedobrze od przepływającej wody

 

w karabinie, z którego strzelam do lusterka

zamontowano zamek samopowrotny

nieprawda! zamek sam nie może do siebie wracać

robi to tylko morderca na miejscu przestępstwa

 

spotykamy się w pokoju wynajmowanym na godziny

mamy wtedy w pigułce miłość, dom i rodzinę

 

i to nic, że kiedy schodzisz ze sceny

pustka zieje za tobą, jak stary marynarz za oceanem

w pustym mieszkaniu, wśród pustych butelek

zostaje refleks słońca na ścianie

nie masz siły choćby na jeden krok,

by pójść w stronę jego źródła

 

jeszcze przez chwilę zatrzymam nasze zdjęcia w telefonie

dojrzeją do wykasowania, kiedy demencja wyda żniwo

nie rozpoznam twojej twarzy, bo nawet moja wyda się obca

 

Mariusz Kargul

Nie, nie zasypie, nie – nie zawieje

Credo

/Panu R. – z wdzięcznością/

Ile można o Tobie mówić? Jak widać i słychać było 12 kwietnia w Krasnymstawie, nieskończenie wiele. Była taka środa 16. dnia miesiąca, który ogłosił, że Ciebie już nie ma. I znów mamy środę szesnastego. Ten miesiąc dźwięczy zmartwychwstaniem, przebaczeniem i nadzieją, gdy nawet topola za oknem, o którą pytałeś w ostatnich dniach, czy już zgubiła liście, teraz przysłoniła się znakami nowego życia. Już myślałam, że z braku słońca i niepatrzenia Twojego uschnie całkowicie. Nic bardziej mylnego.

Jak dobrze wrócić do domu i spotkać znajome twarze. Jak dobrze wiedzieć, że wszyscy (lub przynajmniej większość) przyszli, bo chcieli. Bez zbędnych delegacji, zadę- i nadęcia. Ten czas był jakąś Twoją emanacją – z miejscem na spontaniczność, dobór właściwych słów. Popłynęły opowieści.

Trzeba się było natrudzić, by sobie przypomnieć – pierwsze spotkania, wymienione wiadomości. Gdzie debiutowałeś? Łamaliśmy sobie głowy. Wszędzie Cię było pełno, a tu nagle mamy jakiś porządek, chronologię ustalić. Mimo że na kilku uczelniach przebierałeś nogami i dłużej niż rok nie usiedziałeś w żadnych katedrach, mówili o Tobie pracownicy naukowi. Inspirująco, refleksyjnie. Jakby na chwilę zniesiono podziały – oto tej soboty nie ma kast. Czuło się jakość i klasę. Raczej w wymiarze wspólnoty, nie rozsadzenia w ławkach czy na stopniach – bliżej parteru albo najwyższego piętra.

DSC_8786

Czytaj więcej

Czułości świata tego koniec

Szukam lekarstwa, wyjścia, sposobu, rozwiązania na dojmujący, szarpiący, odurzający, trwale niezmienny i bez-nadziejny brak dotyku. Szukam nalewki, co by się tak upić, zapomnieć widok ciała, z którego wyszedłeś. Które raz ciepłe, raz chłodne i zimne w końcu zupełnie, całkowicie, licznie-kolorowe dało mi się kochać, dotykać i żegnać. Szukam myśli i słowa, znaków na klawiaturze i nut w kluczowej pięciolinii, co by uwolniły trochę tej gorączki, upuściły krwi, czarnej magmy zatrutej, palącej. Odkłada mi się pękającymi bąblami w podeszwach i parzy, iść każe przed siebie, bez planu i celu. Bez sensu szukać i szperać, zaglądać, miejsca sobie nigdzie z Tobą, bez Ciebie, nie znaleźć. Odbieram telefony, by wracać, bo późno, bo straszny nocą Krasnystaw, bo wzrosło ciśnienie w domu, bo wylewem grozi i śmiercią moja włóczęga poranna, dzienna, nocna.

Pękł mi lewy but na pół i zassał wodę, błoto, piach, glinę, żwir cmentarny. Płyną pod prąd, do góry, do głowo-krążenia te substancje nieczyste, co się święceniem i grzechów odpuszczonych pukaniem wywabić nie dają. Pękła mi lewa dłoń po przekątnej. To ta niewierząca, choć trzymała telefon, łzy z czoła, częste na co dzień i te ostatnie znaki walki ocierała. Teraz rozchodzi się na dwoje, zszyć nie daje. Dawnego połączenia skóry dwóch kawałków nie dopuszcza. Przekreślona mapa linii papilarnych. Skasowała wszelkie istotne znaczenia. Mętnieją mi oczy, rozciągają się uszy, każdy szmer za znak szurania kapci uznając, stukania garnków, kawy zalewania sypanej, mielonej. Odpadają mi włosy, nijak się do czaszki nie kleją. Paznokcie się łamią, gdy drapię do krwi skowyt, co przysiadł na karku. Bywałeś tam czasem wąskimi usty. Pytając, co dalej. Szukając i znajdując. Pokrywam się szorstką wysypką i choćbym chciała, zarazić nikogo nie mogę.

Czytaj więcej

zostawione drogi zapisane

Wiem. Jesteś jej. Zawsze byłeś, od urodzenia. Nie protestuję. Brak tylko siły, by Cię zostawić, tak po prostu. Starsi próbują przekonywać: „Całe życie przed tobą!”. Zazdroszczę im zmarszczek i wspomnień wojennych. Ot, szaleństwo bolącej młodości, która nie wie, co mówi. Szaleństwo czekania na spotkanie, kiedyś tam.

Nabieram prędkości, jadąc obwodnicą. Po lewej stronie wał okołodziałkowych spacerów podpowiada, że Franciszek z Ignacym machają na do widzenia i trzymają kciuki za wyprawę. W końcu nie byłam nigdy wcześniej tam, gdzie mam dotrzeć. Zapisałam kilka wskazówek: trzymać się głównej drogi, patrzeć na znaki, szukać stacji benzynowej i skręcić. W lewo, w prawo? Potem już tylko prosto. I wyglądać właściwego numeru. Czas płynie, widoki również. Omijam Zamość, by nie błądzić na rondach i światłach. Nie mam mapy ani nawigacji. Ufam swojej fotograficznej pamięci z dnia dostępu do Internetu i wyobrażam sobie, że mnie poprowadzisz. Jak stróż anioł. W świecie dorosłych taką postawę nazywa się nieodpowiedzialnością. O ironio, ile razy się o niej nasłuchałeś. Teraz im mocniej czuję, że nie mam nic do stracenia, tym celniej trafiam we właściwe miejsca.

Pan w sklepie daleko za miastem pyta, czy wiem, gdzie jest szkoła. Chce mi wytłumaczyć, o który konkretnie skręt przy stacji chodzi. Nie, proszę pana, jestem tu pierwszy raz, może biała czekolada za złotych trzy trzydzieści rozjaśni mi myśli. Truskawkową dam maleństwu, które karmi się jeszcze słodyczą maminych piersi. Nie wypada tak przybyć bez niczego. Trafiam na miejsce. Domek z widokiem na rozległość pól. „A tam, widoki… Zobacz, jaki bałagan u sąsiada” – gospodyni gasi egzaltację. Faktycznie, za mną szkielet cegieł powstającego domu. Nie przyszło mi do głowy, by zanim się odezwę, zbadać jeszcze jej punkt widzenia. Rozmawiamy o smutku z powodu straty i braku pożegnania. Dostaję zaproszenie na spacer wiosną i życzenie, by i moje piersi napełniły się pokarmem. Z wdzięcznością za otwartość obejmuję zapisane na drewnie Matki Boskie, tymczasowo niekarmiące, i ruszam dalej. Na drogę główną.

Czytaj więcej