Nad zalewem

Pojechaliśmy szynobusem. Krasnystaw Miasto (póki co) – Zwierzyniec. Pomyślałem, że jak zmoczę dupę w brudnej wodzie, to mnie opuszczą troski dnia codziennego. Poza tym chciałem się uwolnić chociaż na chwilę od nudnego jak ( tu wstaw własne określenie) grodu spod znaku dwóch karpi. Podróż miła. Lektura również – W krzywym zwierciadle Macieja Stuhra (polecam do busa, pociągu tramwaju, samolotu czy kajaku). Jechaliśmy prawie dwie godziny. 30 minut postoju w Zamościu i podwójny przejazd przez Zawadę – to wszystko w cenie niecałych 13 PLN.

Wysiadłem w szczerym polu. Drugi raz w te wakacje. Nie lubię tego. W Zwierzyńcu byłem kilkanaście razy, ale nigdy pociągiem. Idziemy w lewo. Zmyła. Tu tylko spływy kajakowe. Zmiana. W prawo, za innymi. Mają ręczniki, materace, idą tam gdzie my. Stawy Echo. Las, szyszki piach, koniki polskie – będzie radocha!

Jesteśmy głodni. Karczma Młyn. Ostatni razem jak tu byliśmy Pani chciała nas wyprosić za brak odpowiedniego ubioru. Tym razem jest inaczej. Zabierają nam talerze sprzed nosów nie pytając się czy skończyliśmy posiłek. Pierwsze piwko zaliczone. Mam ochotę na kolejne, tańsze. Dalej w miasto, do spożywczaka. I tutaj uwaga! Zaraz obok PKS-u spotkacie restaurację. Nie stołujcie się w niej, jeżeli wam zdrowie miłe. Po ich żarciu zrzygać się można. Nie polecam. W „dobrych sklepach” kupujemy napoje chłodzące: woda, kola, piwo cytrynowe (fuj). Wychodzimy. Miły Pan proponuje loda. Gałkowca. Druga gała gratis. Robi nas w chuja. Liczy normalnie. Jest z tej jadłodajni od obrzydliwego żarcia. Nie dziwię się. Nie pozostaje nic innego – tylko zalew! Przechodzimy obok kościoła na wyspie i innych historycznych budynków wchodzących niegdyś w skład Ordynacji Zamojskich.

K jak Czytaj więcej

Niech nie będzie niczego

Druga edycja ,,Krasnystaw Rocks!’’ nie była sukcesem pod względem liczebności widzów. No cóż, fakt nie było to winą tylko pogody. Ale czy wszystkim wszystko musi się podobać? Przyjmując kryterium frekwencji to najlepszą muzykę można usłyszeć podczas jakichś Top Trendy czy innego rodzaju spędach. Miliony much przecież nie mogą się mylić…

Mi natomiast, jeśli coś się nie podoba to po prostu wychodzę albo wcale nie biorę udziału i nie robię z tego wielkiego halo. Przecież to tylko koncert, nic więcej. Mam wrażenie natomiast, że część publiczności podczas niego siedziała tylko po to, bo liczyła na jakąś zadymę. Nie rozumiem kogoś kto siedzi na czyimś występie, który mu się nie podoba i co raz wznosi jakieś gniewne okrzyki. To nie lepiej wyjść i oddać się degustacji złocistego płynu bądź innych substancji?

Ci wszyscy młodzi gniewni co są tak wielce zbuntowani i zaangażowani jedynie w słusznych sprawach, odrzucający dogmaty, obowiązujące schematy itd. sami nakładają sobie kaganiec subkultury której chcą być członkami. Nie tolerują innych ludzi, ich poglądów, odmiennej muzyki. I wpadają w kolejny schemat. Stereotypów myślowych i zachowawczych: że coś należy, a coś nie wypada. Udowadnianie wyższości jednego stylu muzycznego nad drugim jest dobre ale na poziomie gimnazjalnym. Powyżej tego progu uważam to za przejaw niedojrzałości i zakompleksienia.

Czytaj więcej

Zdążyć przed wiatrakami


Na kanwie ostatnich dyskusji wokół sprawy wybudowania elektrowni wiatrakowych w okolicach Gorzkowa i Rudnika, opadła mię konkluzja, niczym pchły posokowca, że zapierdolić krajobraz byle badziewiem jest stosunkowo łatwo. Od zakończenia drugiej rzezi światowej doświadczamy tego niemal praktycznie na każdym kroku. Władza ludowa jakoś specjalnie nie przepadała za harmonią i pięknem natury. Zbobrowano i przeorano, co tylko się dało. Wiem, że zaraz mi tu ktoś może wyskoczyć z argumentem, że jednak „Ceramika”, i że jednak „Cora”, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Czasami zazdroszczę tym, którzy istnieli przed 39. Jeżeli nie warunków życia, to tego, co się rozpościerało przed ich oczyma. 

Nie wybiegam nazbyt daleko. Idę na wirtualny spacer wzdłuż naszych lokalnych rzek. I na co się natykam? Na kacze kupy, gęsie pióra, indycze łajno, ale przede wszystkim na młyny wodne i wiatraki, które mają przynajmniej coś wspólnego z wojowniczymi zapędami Don Kichota. Ruszałem już ten temat przy okazji „Wzgórza Babel”, czyli miejsca pamiętnej bitwy kawalerii polskiej z Konarmią Budionnego, w ostatnim dniu sierpnia 1920 roku. Gmina Komarów-Osada podobno również nosi się z zamiarem puszczenia wzdłuż pasma 255 rzędu pięknych skrzydeł. Skrzydła miały owszem być, tyle że nieco inne, nie wiatrakowe, u pomnika chwały naszej jazdy. Współcześni ułani i rekonstruktorzy zapowiedzieli, że nie będą „ułanami Don Kichota”. Zacny mąż z La Manchy z pewnością by się ich nie powstydził. Nie o tym jednak chciałem.

Czytaj więcej

Wielki Piątek

Wielki Piątek – ubaw grabarza

 dziś umarł mój Bóg

ostatni raz widziałem Go na Krzyżu

co mogłem zrobić

wszystko zostało zaplanowane z Góry

pytali czy jestem Jego wyznawcą

głoszonych nauk i prawd

przeszedłem mimo

ciemności skryły ziemię

Moje skojarzenia z tym dniem oscylowały zawsze wokół jakiejś niepojętej głębi czerni. Tak jakbym zanurzał się w bezdennej otchłani, przesyconej atmosferą emanującą z kart Boskiej Komedii czy Mistrza i Małgorzaty. Rzadko zaglądałem do kościoła. Wolałem przyglądać się wszystkiemu z bezpiecznej odległości. Jak już, to gdzieś z boku, na obrzeżach. Nie pchałem się przed ołtarze i groby. Czułem, że muszę mieć za plecami trochę wolnej przestrzeni, aby w każdej chwili móc wykonać obrót na pięcie. Nie znałem za dobrze porządku liturgii. Nieraz zadawałem sobie pytanie: a więc to tak? W chwili rezygnacji albo znudzenia oddalałem się od jądra misterium. Zaczynałem krążyć wokół świątyni, nasłuchując ech nabożeństwa na rynku (wtedy „parku”), na łąkach, w otwartych jeszcze knajpach. Zastanawiała mnie potencjalna nieuchronność kary za tak premedytacyjnie czyniony grzech. Na przekór i na złość tradycjom i konwenansom, brałem ze sobą alkohol i coś niekoniecznie postnego do jedzenia. Siadałem w wyschniętej trawie i oczekiwałem gromu z ciemniejącego powoli nieba. Czekałem rozdarcia zasłony Przybytku na dwoje. Pragnąłem doświadczyć ciemności bardziej intensywnej niż hipotetyczne wnętrze czarnej dziury.

Nie chciałem wracać do domu. Nie mogłem w żaden sposób uchwycić „magii” czy „atmosfery” tych dni. „Święta” jednoznacznie kojarzyły mi się z grudniem. Skoro w drugi dzień Wielkanocy da się jeździć na nartach, to czemu w drugi dzień Bożego Narodzenia nie można oblewać się wodą? Jeżeli współczesny wierny chciałby ufać bardziej kalendarzowi, niż temu, co jest za oknem, nieźle by się „naciął”. Ale, że „idą białe święta”, to motyw już strasznie oklepany, poprzestanę więc na tym.

Wielki Piątek, niezależnie od konkretnej daty, odkąd tylko sięgam pamięcią, kojarzy mi się z mokrą pleśnią, wilgocią skapującą z gałęzi drzew i murów, butwieniem, humusem, plechą. O ile jest to w ogóle możliwe, tego dnia, i o tym dniu, myślę w odcieniach szarości, brudu z opiłków żelaza, rdzy toczącej przedmioty różnorakiego użytku. W ustach czuję dziwny smak, a na dłoniach zapach przypominający nagrzane słońcem składowisko złomu. Lizanie klamki jest tutaj w miarę adekwatnym skojarzeniem. Zastanawiam się wtedy, czy przyroda czuje podobnie? Tak naiwnie, pogańsko wyobrażam sobie, że WP to symboliczny koniec zimy i nadejście wiosny. Nawet tak, jak teraz, gdy piszę te słowa, a śnieg pada sobie w najlepsze, od północy będę czuł zmianę pory roku. I znowu nie będę potrafił sobie poradzić z Wielką Sobotą. Z tym, jak to jest leżeć w grobie i czekać na zmartwychwstanie.

Mariusz Kargul

Już mnie męczy ta biel

Już mnie męczy ta wielomiesięczna biel! Moje oczy, wrażliwe na ostre światło, buntują się. Dlatego odkładam na bok wszelaką lekturą i słucham dobrej muzyki, oraz Dwójkę i Trójkę… i na pohybel zimy wypijam lampkę dobrego koniaku.

JHC_02

Płaskowyż k. Krasnegostawu z widokiem w stronę Szczebrzeszyna, Fot. Jan Henryk Cichosz

Jan Henryk Cichosz

Budzy 2

Film Podróż na wschód nie zachwycił mnie. Jest w nim owszem spora dawka poetyki, metafor itd. Według mnie włączenie jednak do filmu wątków opowiadania Maszynista Grot S. Grabińskiego nie ma uzasadnienia. Znam to opowiadanie. Jego bohater pędzi naprzeciw swemu przeznaczeniu – śmierci. Trudno mi to odnieść do historii zespołu Armia.

Po projekcji filmu nastąpiła dyskusja na temat filmu i nie tylko. Trochę zmroziła mnie odpowiedź T. Budzyńskiego o stosunek do zespołu Siekiera, jego dokonań i dalszych losów. Obojętny… Nie oczekiwałem, że facet w średnim wieku będzie z wypiekami na twarzy opowiadał o swym punkowaniu. Po namyśle wydaje mi się to całkiem normalne, nikt przy zdrowych zmysłach nie powtarza tych samych sloganów i nie żyje dniem wczorajszym. Wiadomo że zespół Armia jest wyższą formą rozwoju artystycznego. Siła Siekiery jednak tkwiła w jej prymitywizmie i brutalności. Zresztą jak wiemy zespół Siekiera również rozwinął się i w zasadzie rozwija się nadal ku niezadowoleniu niektórych. No bo jakim prawem? Powinien nadal grać kawałki z Nowej Aleksandrii , w nieskończoność…

Czytaj więcej

Doliną Wieprza

Od pewnego czasu niemalże codziennie wędruję doliną rzeki Wieprz w stronę Izbicy, dochodząc aż do rogatek wsi Wał. Powrót do Krasnegostawu tą sama trasą. Po drodze, a raczej bezdrożach, albowiem z roku na rok  dolina Wieprza zarasta w szalonym tempie; łozinami, olchami, wierzbą i trzciną. W lecie można niespodziewanie wpaść po przysłowiowe pachy w mokradło, a w zimie należy nieźle kluczyć aby nagle nie załamał się lód na zamarzniętych mokradłach. Jednakże te utrudnienia są niczym  porównaniu z tym co można po drodze napotkać. Tylko wczoraj widziałem bobry, które powaliły jua dziesiątki drzew na Wieprzu, Wojsławce i Wolicy. Widziałem też pomykającego pomiędzy gęstwina trzcin lisa. Podziwiałem stadko łąkowych sarenek, a na usychającym drzewie stukało aż sześć dzięciołów. Na jednym z zakoli Wieprza majestatycznie pływało trzy pary łabędzi i kilka dzikich kaczek. Nie napotkałem tylko bażantów i kuropatw, których jeszcze kilka lat temu było w tej okolicy bardzo dużo. Ale widziałem dwa siedzące kruki na powalonym przez wichurę drzewie. Nie spotkałem też ani jednego zająca. Idąc po dziewiczej bieli wraz z zachodzącym obok słońcem, bylem zupełnie sam na sam ze sobą, otulony bielą i przyrodą. Miałem nadzieję, że zakiełkuje we mnie ziarenko ziarenko wiersza. A może ono już we mnie pulsuje…


Jan Henryk Cichosz