Domki w których mieszka dźwięk

Sentymentalizm zasadniczo nie jest kierunkiem, który uwodzi we współczesnym świecie tak, jak choćby nowy futuryzm. Nie ma chyba jednak człowieka, który raz na jakiś czas nie zastygłby pod lawiną wspomnień i reminiscencji stanów, które jednoznacznie można uznać za przeszłe i nieaktualne. Śladem po takich zbiorowych sentymentalizmach są na przykład internetowe grupy tematyczne, skupiające łkających za starymi polskimi wieczorynkami, trzepakiem na podwórku, pokemonami czy bajkami wyświetlanymi z przeźroczy na domowych rzutnikach. Gdybym nie był socjopatą zapewne zapisałbym się do jakiejś grupy, najlepiej gdyby była to grupa miłośników kaset magnetofonowych, bo w niedalekiej prehistorii moje myślenie o muzyce i sposób jej słuchania ukształtowany został przez to analogowe medium.

Nie okażę się żadną uberpogodynką, gdy pozwolę sobie przewidzieć, że za niedługi czas kasety uzyskają status podobny płytom winylowym. Póki co jeszcze za wcześnie i mimo że np. Oficyna Biedota wydaje w Polsce muzykę na kasetach i sporo z nich możemy kupić choćby na Serpencie, to sprowadzanie wielkiego revivalu MC na siłę byłoby jak coroczne prowokowanie powrotu grunge’u na salony. Jeszcze nie teraz.

Odbieram kasetę jako swoistą techniczną aberrację, zaburzenie w rozwoju technologicznym. Zawsze naturalny wydawał mi się kierunek od płyty winylowej do płyty CD ze względu na ich obrotowo-dyskowy tryb odtwarzania. Taśma wkracza w środek tej ewolucji jak silny i dość żywotny mutant. W czasie „kasetowym” uwielbiałem słuchać płyt, bo można było błyskawicznie wybierać utwory i powtarzać je bez koniecznego przewijania. Ta możliwość – udoskonalona w płytach CD – była wkładem cywilizacji zachodniej w spiralny model czasu, odzwierciedlającym potrzeby jego kontroli i swoistej nowej ahistoryczności rodem z Gry w klasy. Gdy nastała kaseta, tendencja została odwrócona, czas spiralny odzyskał część terytorium i zmusił użytkowników, doceniających małe gabaryty nośników do ponownego poddania się (przynajmniej częściowo) chronologii.

Chronologia była wartością, która zdeterminowała model spędzania czasu przy muzyce w „epoce” kasety magnetofonowej. Nie wiem czy da się wywieść z tego teorię kultury owych czasów, ja się nie podejmę, jednak po sobie wiem, że ja i moje pokolenie byliśmy uczestnikami swoistej wibracji i rytmu rzeczywistości, których nie poczują już słuchacze „telefoniczni”. Uczyliśmy się też mimowolnie szacunku do artystów i ich wyboru kolejności utworów na albumach, siłą rzeczy stawaliśmy się czytelnikami ich koncepcji, kto wie, może prowokowało to do większej empatii? Dzielenie się muzyką wymagało koncentracji i kontaktu fizycznego. Szukanie określonego utworu na taśmie było decyzją taktyczną (przewijanie! baterie!). No i wreszcie swoista wartość, jaką była niepowtarzalność każdego odsłuchu. Przecież taśma magnetofonowa, niezależnie od jakości sprzętu i jakości niej samej, z każdym odsłuchem traciła na jakości, coraz mocniej szumiała, pojawiały się zakłócenia i niepowtarzalne dźwiękowe walory wynikające z wciągnięć taśmy w silnik magnetofonu czy walkmana, temperatury odtwarzania i rodzaju samej kasety. Każdy więc kolejny kontakt z taśmą nosił w sobie znamiona kontaktów poprzednich, o ile bliżej takiej relacji do miłości, niż odtwarzaniu niezużytego produktu z pamięci flash. Muzyka brzmiała inaczej, często częściowo tylko ujawniając brzmienie poszczególnych piosenek. Ileż razy wciąż się dziwię sięgając do muzyki, którą znam wyłącznie z kaset, jak wiele mi umknęło, ale i jak po dziwnie zaburzonym, powtarzającym się dziesiątki razy odsłuchu potrafiłem na zabój ukochać niektóre kawałki. Czytaj więcej

JAK POLITYKA KULTURALNA DEWASTUJE KULTURĘ

To, o czym napiszę jest prawdą banalną. Chyba właśnie dlatego zabrzmi jak herezja, bo chciałbym w tym krótkim tekście sprzeciwić się kulturze. Chciałbym ogólnie dużo więcej, ale – jak obiecałem – tekst będzie krótki, bez przypisów i bibliografii. Można więc potraktować go jako wiersz lub obraz i nie szukać w nim dodatkowych sensów, których umieścić tu nie chcę.

Chcę sprzeciwić się kulturze, a właściwie temu, co za kulturę w ostatnich latach (dekadach właściwie) przyjęło się uważać. Mam ten komfort, że mogę bazować na swoim doświadczeniu, które zdobyłem zarówno jako muzyk niezależny, jako osoba działająca w sferze NGO oraz pracownik instytucji kultury. Spektrum oglądu mam szerokie, a materiału do analizy całe kopy. Z wieloletnich obserwacji i wielce ostrożnego podejścia do sprawy (nie mam potrzeby nikogo urażać personalnie) zrodziło się moje przekonanie, że to, co powszechnie nazywamy kulturą (a właściwiej jest nazywać polityką kulturalną) zabija i poniża prawdziwą kulturę.

Mam nieodparte wrażenie, że polskie ministerstwo od kultury, samorządy i tłuste misie z branży rozrywkowej przybiły sobie piątkę i robią wszystko, aby utrzymać ludzi pod obleśnym buciorem kilku mitów, z których najbardziej czarującymi są aksjomaty, że o wartości dzieła decyduje w pierwszej kolejności ilość osób, która zechce to dzieło uznać, a w rezultacie kupić, czyli – po drugie – zysk jaki przynosi. Kolejny mit to narzucenie autorytetu krytyka i recenzenta (obecnie w tej funkcji media), czyli figury, która zadecyduje czy coś jest dziełem dobrym lub złym i zakomunikuje o tym społeczeństwu. Wreszcie kolejny mit, koniecznej obecności animatora w budowaniu społecznego uczestnictwa w kulturze.

Tu z pewnością pojawia się zarzut, że się przypieprzam i to ostro. Wszystkie powyższe wyszczególnienia na pierwszy rzut oka wcale nie brzmią przecież jak absurdy, ale są uznanymi czynnikami porządkującymi uczestnictwo w kulturze tak licznej rzeszy obywateli, których w samej Polsce jest chyba z 36 milionów. I tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy. Dogmatem całej tej konstrukcji jest założenie, że w kulturze muszą uczestniczyć WSZYSCY. Każdy ma swój udział – poprzez demokrację i podatki – w życiu zbiorowym, więc musi być uwzględniony we wszystkich tabelach wszystkich ministerstw, urzędów, instytutów i kancelarii. Skoro dorzuca się do wspólnego worka, w którym nie ma przegródek, to należy mu się udział we wszystkim, co się z tego worka finansuje. Za pomocą tej prostej racjonalizacji usprawiedliwiamy więc wszystkie, nawet najbardziej pomylone, idiotyczne, przepłacone, przepompowane, chybione i obraźliwe projekty kulturalne (tak, to słowo klucz we współczesnej kulturze), których autorzy nie mogą się nadziwić, że nie budzą powszechnej akceptacji i uznania.

Nie jestem typowym uczestnikiem kultury, a już na pewno nie jestem typowym konsumentem. Nie stać mnie na regularne chodzenie do teatru czy na koncerty, nie stać mnie na fajne ciuchy i ledwo dociągam, żeby wyposażyć się w sprzęt do grania muzyki na poziomie. Z drugiej strony obrzydzenie budzą we mnie marketowe promocje, darmowe produkty i jedzenie z sieciowych fast foodów. Tak też traktuję darmowe imprezy kulturalne. Od kilku dobrych lat zastanawiałem się, co takiego w darmoszce kulturalnej mierzi mnie najmocniej i dlaczego uczestnicząc w takich wydarzeniach jak juwenalia, dni miasta czy miejski Sylwester (ok, nie byłem nigdy na miejskim Sylwestrze, ale przechodziłem tak, jak obok różnych ulicznych festiwali i festynów w moim i nie moim mieście). Doszedłem w końcu metodą indukcji i retrospekcji, że problemem nie są same wydarzenia, ale to, kto na nie przychodzi. Wydarzenie kulturalne, którego treścią jest – powiedzmy – jakaś akcja artystyczna opiera się na obecności i przeżyciu. Obcowanie ze sztuką bez przeżycia i emocji, które temu towarzyszą jest nic nie warte. Aby człowiek mógł coś przeżyć emocjonalnie musi się otworzyć i uwrażliwić, a to powoduje, że jest słabszy i bardziej bierny w stosunku do otoczenia, niż jak – powiedzmy – jedzie w zatłoczonym autobusie. Spełnienie powyższych warunków może odbywać się w bardzo konkretnych okolicznościach, których podstawowym warunkiem jest wspólnota. Bo tylko współobecność ludzi przeżywających, nastawionych i odczuwających podobnie zapewni niezbędne bezpieczeństwo psychiczne do tego, aby wydarzenie kulturalne móc przeżywać. Czytaj więcej