Panichida za korespondenta-kawalerzystę

„Sklepik Gedalego był schowany w głębi zamkniętego na głucho rynku. Dickensie, gdzie był twój cień tego wieczoru? W tym kramie ze starzyzną zobaczyłbyś złotolite pantofle i okrętowe liny, zabytkowy kompas i wypchanego orła, myśliwski winchester z wyrytą datą 1810 i rozbity garnek”.

[Izaak Babel, opowiadanie „Gedali” z tomu „Konarmia”] 

„Dickensie, gdzie był twój cień tego wieczoru”… A gdzie jest twój Izaaku Emmanuiłowiczu? Jak co roku, pod koniec sierpnia, przystaję na Wzgórzu 255, na polach Wolicy Śniatyckiej, i patrzę na cześnicki las, w którym byłeś 93 lata temu. W swoich opowiadaniach o kampanii polskiej oraz w tajnym dzienniku, pisałeś uczciwie, o tym, co wtedy widziałeś, czułeś, myślałeś. Dziękuję ci za to. Jedyne, co mogę zrobić, to skanalizować myśli o tamtym czasie, i twoim w nim udziale, w kilku niezdarnych słowach i zdaniach. Którejś czerwcowej nocy nie mogłem zasnąć, po raz kolejny wertując „Konarmię” i „Dziennik 1920”. „Gedalego” znam prawie na pamięć, co nie przeszkodziło mi w przeczytaniu go po raz setny. Pierwszy raz jest tylko jeden i zazdroszczę tym, którzy, czasem bezwiednie, sięgają po to, co zostało po tobie. Jeżeli mają choć jotę wrażliwości i otwartego umysłu, zostaną z tobą w swoich sercach do końca życia.

Ten wierszyk jest dla ciebie, jak również dla tych wszystkich, którzy chcieliby zostać opleceni jedwabnymi rzemykami przydymionych twoich spojrzeń…

Czytaj więcej

Boston Port cumuje na Mokotowie

Skrawek Massachusetts nad Wisłą

Na styku dwóch dzielnic Warszawy – Wierzbna i Mokotowa, przy ulicy Okolskiej przycupnął, niczym z pozoru się nie wyróżniający, bar. Letnią porą sprawia wrażenie minioranżerii, ba, może nawet sklepu ogrodniczego, z przeszklonym dachem, okolonego od frontu intensywną zielenią pnączy. Tak z zewnątrz przedstawia się jedna część budynku. Napis na drugiej rozwiewa mylne skojarzenia i uświadamia potencjalnemu turyście/klientowi, że oto stoi przed restauracyjką Boston Port.

Podstawa to dobry początek

Jak sami o sobie mówią, Boston Port jest firmą niewielką, lecz niezwykle rzetelną w swojej działalności. Szczycą się tym, że jako niepozorny bar znajdują się na liście rankingowej wśród najlepszych warszawskich restauracji. Dewiza, którą się kierują jest niby banalnie prosta: najlepszej jakości surowce, serce do gotowania, miła obsługa i szeroki wybór. Nie chcą być dużą jadłodajnią, nie idą w kierunku masowej produkcji, lecz przygotowują posiłki, tak by zaspokoić indywidualne gusta swoich gości. „Lokal jest skromny, ale ofertą dań przekonuje klientów, że zamawiając jedzenie płaci faktycznie za to, co otrzymuje na talerzu, a nie za ozdoby na ścianach”. Nieprzerwanie od 1997 roku Boston Port zaspokaja gusta tysięcy amatorów wyśmienitej kuchni.

Dla każdego coś smacznego

Oferta baru skierowana jest do osób stawiających przede wszystkim na jakość, nieznoszących kompromisów w kwestii surowców użytych do przygotowania posiłku. Ich firma istnieje dla tych klientów, którzy jedzą to, co najlepsze i nie godzą się na tzw. drugi sort oraz ceniących sobie duży wybór, ale z gwarancją świeżości! Jak podkreślają z wykrzyknikiem.

Boston Port specjalizuje się w organizowaniu kameralnych przyjęć, w miejscach wskazanych przez gości. Organizują również bankiety w firmach, oraz grillowe garden party. Na bieżąco przyjmują zamówienia telefoniczne (wraz z dowozem) na wszystkie produkty własnej kuchni.

Zachęcają: „Ahoj! Zapraszamy na wyjątkową wyprawę do kulinarnego raju. Kiedy pomyślne wiatry zaprowadzą Cię do Boston Portu, zrozumiesz czym jest prawdziwy kulinarny kunszt i doskonałość”.

Czytaj więcej

W oku cyklonu

Miło mi poinformować, że współpracujący od początku z BSNK Mariusz Kargul nawiązał współpracę z Rafałem Bryndalem i redagowaną przez niego „Chimerą”. Zadebiutował rozmową z Justyną Bargielską „Będąc młodą pisarką w oku cykl(onu)u…”.

„Chimera” jest niejako spadkobierczynią „Bluszcza”. To magazyn autentyczny, intensywny, i wielotematyczny. Traktujący o literaturze, kulturze, sztuce i życiu w tych przestrzeniach. Redaktor naczelny magazynu – Rafał Bryndal- zaprosił do współpracy najlepszych polskich pisarzy, poetów oraz publicystów: Joannę Bator, Tomasza Bereźnickiego, Marcina Cecko, Tadeusza Dąbrowskiego, Jacka Dehnela, Agatę Dudek, Szymona Kloska, Piotra Koftę, Cypriana Kościelniaka, Wojciecha Krzyżaniaka, Sebastiana Kudasa, Andrzeja Mellera, Kingę Mostowik, Michała Ogórka czy Kubę Wojewódzkiego.

„Chimera” nie daje gotowych recept, ale stawiając ważne pytania inspiruje do myślenia. Jest magazynem z niemal ascetyczną formą i kolorystyką oraz grafiką najwyższej próby. Prezentuje współczesną literaturę, poezję, fotografię, sztukę… Tematy, które są ważne!

Chimera_01

Mariusz Kargul to animator kultury, prozaik, wierszorób, mąciwoda. Był współzałożyciel Grupy Literackiej A4. Zainicjował i współorganizował m.in.: Konkurs Twórczości Miłosnej „Ja Cię kocham, a Ty pisz!” oraz Konkurs Krasomówczy „O Różę Mikołaja Siennickiego”. Mariusz jest również pomysłodawcą i dyrektorem artystycznym Festiwalu Sztuk Krasnych im. Stanisława Bojarczuka w Krasnymstawie, współtwórcą projektu spotkań autorskich „Czarne Inspiracje” w Lublinie. Wydał tom poetycki „Niewczesny pogrzeb wierszoroba”. Jest zwolennikiem teorii, że nie każde działanie artystyczne oznacza od razu przełomowe katharsis. Czasami wystarczy zwykły katar do uruchomienia daleko idących przemian twórczych.

Wykorzystano materiały portali Dywiz i Chimera.
Dominik Kleszko

Kobyłka u płota

W ostatnim numerze Tygodnika Powszechnego / nr 25 (3337) / Mariusz Kargul i Aleksandra Nizioł rozmawiają z Jackiem Hugo – Baderem o jego planowanej wspólnie z Jackiem Berbeką wyprawie na Broad Peak. Fragment artykułu „Umarłych pogrześć, żywym zajrzeć w dusze” dostępny jest pod TYM adresem. Całość w tej chwili do przeczytania jedynie w wersji papierowej.

Zapis rozmowy, która odbyła się w warszawskim domu Badera na Gocławiu traktuje przede wszystkim o przygotowaniach Jacka do wspinaczki oraz o obawach i nadziejach z nią związanych. Nic więcej nie zdradzę. Zapraszam do kiosków. Jeszcze jedno. Po powrocie reportera z wyprawy Mariusz obiecał porozmawiać z nim jeszcze raz.

23c0f6479f8c68d570204e220f5aba2a,29,1

Jacek Hugo-Bader / Fot. Przemysław Getka / REPORTER

Dominik Kleszko

W ciszę godziny głębokiej

K na dobranoc

 

w ciszy nocy głębokiej

po brukach okien kamienic

noc spada rzęsistym obłokiem

ciemność na złoto zamienić

 

w kominach sadze piekielne

na stołach białe obrusy

czekają na dzwony niedzielne

aż pianie skorupę nieba ukruszy

 

klucze do grodu, w kuferku

unosi pijany fotograf i basta

w jego magicznym puzderku

grzechocze stare oblicze miasta

 

przez w pół otwarte okna

wynoszę książki i krzesła

już tutaj nie mieszkam

 

Mariusz Kargul

 

„Londyńczycy” i „Samouczek Emigranta” dobre na wszystko

Życia rozpoczynane ciągle na nowo

Emigracja posiada różne oblicza. Każdego, kto opuszcza dom i rodzinne strony, dotyka na wiele sposobów. Ma często wspólne oblicze i mianownik – w zależności od kontekstu historycznego – ale dla każdej osoby, indywidualnie, wiąże się z niepowtarzalnym bagażem przeżyć. Napoleon Bonaparte mawiał, że najprostszy nawet żołnierz, nosi w swoim plecaku marszałkowską buławę. Podobnie jest z doświadczeniami tych, których los rzucił, lub jak kto woli, pokierował, w nowe gniazda. Można śmiało powiedzieć, że to chodzące kroniki historii, encyklopedie wiedzy o życiu, niewyczerpane rezerwuary nadziei. Po ich angielskie „zasoby” zdecydowała się sięgnąć polska reporterka i dziennikarka Ewa Winnicka. Pod koniec ubiegłego roku ukazało się drugie wydanie jej książki pt. „Londyńczycy”.

By odpowiednie dać rzeczy słowo

Jak zaznacza na wstępie autorka: „Między 1939 a 1947 rokiem 200 tysięcy Polaków, zranionych przez wojnę i wielką politykę, zaczęło żyć na obcej wyspie. Większość tubylców nie była tym zachwycona. – Wylądowaliśmy na Marsie i żeby przeżyć, musieliśmy założyć tam Polskę – powiedział jeden z uchodźców. Jak żyli Polacy na Marsie? Kim są ich dzieci? Kilkanaście historii z ich życia zawiera właśnie ta książka”.Natomiast znany reporter Mariusz Szczygieł dodaje, iż „Ewa Winnicka opisuje ukrytą twarz powojennej emigracji polskiej w Wielkiej Brytanii. Niepoprawną, a dzięki temu fascynującą. Bohaterów książki uwiecznił na zdjęciach wybitny fotograf Chris Niedenthal także dziecko polskich emigrantów”.

 Pryzmaty i przekroje

Rzeczywiście, „Londyńczycy” ukazują wiele, mało znanych do tej pory, aspektów życia polskiej emigracji wojennej i tuż powojennej w Wielkiej Brytanii. Od tzw. drugiej i trzeciej fali emigrantów odróżnia ją specyfika czasu, w której się dokonała i związanych z tym okoliczności. Reportaże wchodzące w skład zbioru pokazują często losy tragiczne, śmieszne, codzienne. Książkę można czytać, jak rzetelny materiał źródłowy, romans, czy kryminał albo sensację. Jedno jest pewne – rzesze Polaków, które 70 lat temu zasiliły ziemie Albionu musiały zmienić, nieraz diametralnie, swój dotychczasowy model życia i sposób patrzenia na świat. Jak obliczyła Winnicka, Anglicy kochali nas dokładnie półtora roku (z grubsza od bitwy o Anglię do inwazji Hitlera na Związek Radziecki i liczniejszego pojawienia się na Wyspach żołnierzy amerykańskich). Początkowa idylla zaczęła przeradzać się z wolna w trudną i najeżoną wzajemnymi uprzedzeniami koegzystencję. W losach i postawach życiowych bohaterów książki można przeglądać się, jak w jakimś magicznym zwierciadle. Skupiają one w sobie i pokazują cały wachlarz ludzkich reakcji i zachowań. Czytaj więcej

Zdążyć przed wiatrakami


Na kanwie ostatnich dyskusji wokół sprawy wybudowania elektrowni wiatrakowych w okolicach Gorzkowa i Rudnika, opadła mię konkluzja, niczym pchły posokowca, że zapierdolić krajobraz byle badziewiem jest stosunkowo łatwo. Od zakończenia drugiej rzezi światowej doświadczamy tego niemal praktycznie na każdym kroku. Władza ludowa jakoś specjalnie nie przepadała za harmonią i pięknem natury. Zbobrowano i przeorano, co tylko się dało. Wiem, że zaraz mi tu ktoś może wyskoczyć z argumentem, że jednak „Ceramika”, i że jednak „Cora”, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Czasami zazdroszczę tym, którzy istnieli przed 39. Jeżeli nie warunków życia, to tego, co się rozpościerało przed ich oczyma. 

Nie wybiegam nazbyt daleko. Idę na wirtualny spacer wzdłuż naszych lokalnych rzek. I na co się natykam? Na kacze kupy, gęsie pióra, indycze łajno, ale przede wszystkim na młyny wodne i wiatraki, które mają przynajmniej coś wspólnego z wojowniczymi zapędami Don Kichota. Ruszałem już ten temat przy okazji „Wzgórza Babel”, czyli miejsca pamiętnej bitwy kawalerii polskiej z Konarmią Budionnego, w ostatnim dniu sierpnia 1920 roku. Gmina Komarów-Osada podobno również nosi się z zamiarem puszczenia wzdłuż pasma 255 rzędu pięknych skrzydeł. Skrzydła miały owszem być, tyle że nieco inne, nie wiatrakowe, u pomnika chwały naszej jazdy. Współcześni ułani i rekonstruktorzy zapowiedzieli, że nie będą „ułanami Don Kichota”. Zacny mąż z La Manchy z pewnością by się ich nie powstydził. Nie o tym jednak chciałem.

Czytaj więcej