Czułości świata tego koniec

Szukam lekarstwa, wyjścia, sposobu, rozwiązania na dojmujący, szarpiący, odurzający, trwale niezmienny i bez-nadziejny brak dotyku. Szukam nalewki, co by się tak upić, zapomnieć widok ciała, z którego wyszedłeś. Które raz ciepłe, raz chłodne i zimne w końcu zupełnie, całkowicie, licznie-kolorowe dało mi się kochać, dotykać i żegnać. Szukam myśli i słowa, znaków na klawiaturze i nut w kluczowej pięciolinii, co by uwolniły trochę tej gorączki, upuściły krwi, czarnej magmy zatrutej, palącej. Odkłada mi się pękającymi bąblami w podeszwach i parzy, iść każe przed siebie, bez planu i celu. Bez sensu szukać i szperać, zaglądać, miejsca sobie nigdzie z Tobą, bez Ciebie, nie znaleźć. Odbieram telefony, by wracać, bo późno, bo straszny nocą Krasnystaw, bo wzrosło ciśnienie w domu, bo wylewem grozi i śmiercią moja włóczęga poranna, dzienna, nocna.

Pękł mi lewy but na pół i zassał wodę, błoto, piach, glinę, żwir cmentarny. Płyną pod prąd, do góry, do głowo-krążenia te substancje nieczyste, co się święceniem i grzechów odpuszczonych pukaniem wywabić nie dają. Pękła mi lewa dłoń po przekątnej. To ta niewierząca, choć trzymała telefon, łzy z czoła, częste na co dzień i te ostatnie znaki walki ocierała. Teraz rozchodzi się na dwoje, zszyć nie daje. Dawnego połączenia skóry dwóch kawałków nie dopuszcza. Przekreślona mapa linii papilarnych. Skasowała wszelkie istotne znaczenia. Mętnieją mi oczy, rozciągają się uszy, każdy szmer za znak szurania kapci uznając, stukania garnków, kawy zalewania sypanej, mielonej. Odpadają mi włosy, nijak się do czaszki nie kleją. Paznokcie się łamią, gdy drapię do krwi skowyt, co przysiadł na karku. Bywałeś tam czasem wąskimi usty. Pytając, co dalej. Szukając i znajdując. Pokrywam się szorstką wysypką i choćbym chciała, zarazić nikogo nie mogę.

Zostawiam mocne poprawy decyzje. Zostawiam rozsądku echa, ryzyka, zgody i pozwolenia, wzrosty i rentowności. Plany przestrzennego gospodarowania sobą i miejscami po Tobie. Rzucam zdjętą z przeciętej dłoni rękawicę – czasowi i mocom, co mi każą modlić się, sprzątać, gotować, życie dalej pod górę toczyć. Wyzywam z pochodnią tętna dni bez Ciebie na pojedynek. Stawiam czoło żółtej twarzy zapomnienia, co drwi ze mnie bezlitośnie. Że jeszcze niby coś mogę, gdy dawno po wszystkim, wynik dobrze znany i ciszej, ciszej być trzeba. Staję naprzeciw ciemności worka i suwaka, którego nade mną jeszcze nikt nie przeciągnął.

brzydka postać na k

Zakałaczka

małe śmierci, prywatne umierania

których nie sposób przytulić

rozgrywane codziennie

w intymnych wszechświatach

 

burze i napory, w sercach i dłoniach

urwane w połowie wiadomości

amputowane mejle i przymiotniki

pejzaże z widokiem na ściany

 

racjonalizacje zdane na siebie

tłumaczenia bez alibi

ucieczki do tyłu

dobijanie do punktu wyjścia

 

prawdziwe życie grane nocami

pod przykrywką snu-czadu

w nim tylko ciała zrośnięte

krwią, kością, myśli biegiem

 

jak pnie jednego drzewa

wyrwane w godzinie niedoli

z koroną głów zadartą do góry

patrzymy na zakazane nieba

Mariusz Kargul

Dodaj komentarz