Diskopatia wypadków miłosnych

Trzeba mieć naprawdę dużo odwagi cywilnej i zmysłu literackiego, by podejść do tak drażliwego tematu, mowa konkretnie o pedofilii, w sposób, w jaki uczyniła to Anna Dziewit-Meller, w swej debiutanckiej powieści Disko. Materia, przyznajmy szczerze, nadaje się bardziej na dramat lub horror psychologiczny, a nie napisaną ze swadą, humorem (nie tylko czarnym) i świetnym zmysłem obserwacyjnym, historię pewnego uwiedzenia. Wyczuwa się tutaj autentyczny pomysł i stojącą za nim samokontrolę, która ratuje fabułę przed zabrnięciem w jakieś powabne, acz przez to wiodące na manowce, ekstremum. Można tylko pozazdrościć autorce „nosa” i konceptu, tym bardziej, że jak sama w wywiadach przyznaje, książkę pisała „zrywami”, a końcowe szlify przypadły na ostatni trymestr ciąży.

Po wcześniejszej współpracy z Agnieszką Drotkiewicz i mężem Marcinem Mellerem, przyszedł czas na zgłoszenie literackiego votum separatum. Autorka postanowiła zaistnieć solo i udało się jej to z bardzo dobrym skutkiem. Dorastając na Śląsku, a potem mieszkając w Warszawie, zyskała wspaniałe pole do analizy ludzkich zachowań, stereotypów, poglądów czy kwestii językowych. Powieści nie napisała co prawda gwarą, ale dzięki umiejętnym wtrętom, czytelnik nie ma problemów z geograficznym umiejscowieniem całej akcji. Dzieje się ona zresztą na początku lat 90., a więc w tym wspaniałym okresie, kiedy to żyło się złudzeniami, że coś w istocie może być tylko białe lub czarne.

Disko taki jednoznaczny podział przebiega pomiędzy tym, co jest jeszcze sympatią do dzieci, a tym, co już weszło na tory wynaturzenia. Paweł Kozioł (główny bohater) nie ma oczywiście najmniejszych problemów z usprawiedliwianiem własnego zachowania. Kilkanaście lat temu problem też istniał, ale nie był tak medialnie nagłaśniany. Obecnie podnoszą się nieśmiałe próby maskowania „mniejszym złem” czynów pedofilskich. Tłumaczą się tak sami sprawcy. Kozioł nie jest od nich lepszy. Deprawacja nieletniej uczennicy, to dla niego coś w rodzaju „aktu łaski” z jego strony, czynu nie zagrożonego paragrafami, lecz zmierzającego ku „wprowadzeniu w życie”, dającej się łatwo nabrać, na tani lep, dzieweczki.

Szemrany wielbiciel wdzięków piątoklasistek ma ułatwione zadanie. Nie musi wystawać pod szkolnym ogrodzeniem, bo trafia w samo sedno, czyli do jednej ze szkół, którą udało mu się namówić na prowadzenie przez niego lekcji tańca. Wcześniej zajmował się szeroko pojętym show-businessem, ale po źle zakończonej aferze z jednym ze sponsorów, zaczął szukać innego źródła dochodów, a że przypadkiem zbiegło się to z eskalacją jego nieposkromionych chuci…

Paradoksalnie, osoby, którym najbardziej powinno zależeć na dobru i bezpieczeństwu dzieci, są stale zajęte swoimi sprawami. Kilka postaci celnie ujętych w karby narracji zmusza do cierpkich i smutnych refleksji. Od dyrektorki szkoły, której szczytowym marzeniem jest zaproszenie do placówki arcybiskupa (i przygotowanie na tę okoliczność specjalnego programu artystycznego), poprzez oazowego karierowicza-muzyka i pożądającą go bezowocnie nauczycielkę angielskiego (prywatnie specjalistkę od ćwiczeń mięśni imć pana Kegla), po babcię i ojca nastoletniej Agnieszki, która staje się ofiarą Pawła Kozioła.

                               Anna Dziewit – Meller  • Fot. Artur Kubasik / Agencja Gazeta

Sposób, w jaki doszło do ujawnienia chorej sytuacji, kiedy pan od muzyki staje się „chłopakiem” dziewczynki z podstawówki, oraz kulminacja zdarzeń zasługują na oddzielne wyróżnienie. Pomoc nadchodzi z niespodziewanej strony, a koniec końców jest taki, że każdy dostaje praktycznie to, na co sobie cierpliwie zasłużył. Autorce udało się zatem uciec od przejaskrawionej groteski, nie zabrnęła w banalny moralitet, a sam finał godzien jest najlepszego kryminału (w sensie literackim, nie penitencjarnym).

W powieści ważną rolę odgrywają subtelne i nienachalne „smaczki”, coś jakby odautorskie didaskalia, pojedyncze zdania kapitalnie komentujące rozwój wydarzeń. Nie wiem jak u Anny Dziewit-Meller stoją kulinaria, ale w przypadku Disko, mamy do czynienia z wysmakowaną recepturą. Niczym wytrawna szefowa kuchni, serwuje zgłodniałym czytelnikom pisarskie ingrediencje – a to odrobina gwary śląskiej, szczypta slangu, naparstek pastiszu, kilka ziaren goryczy, zmiksowane w sosie kpiarskiego spojrzenia spod półprzymkniętych powiek.

Mariusz Kargul

Anna Dziewit-Meller, Disko, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2012

Niniejsza recenzja miała ukazać się w lipcowym numerze „Bluszcza”. Ci, którzy cokolwiek interesują się sprawami szeroko pojętej kultury, wiedzą zapewne, iż pismo niestety nie ukaże się już na rynku. Przynajmniej w dotychczasowej formie, prowadzone przez dotychczasowy zespół redakcyjny. Tak to czasami bywa, że najpiękniejsze sny, najszybciej się kończą… Dla mnie największą wartością okazało się poznanie kilku interesujących ludzi, no i jak by nie było, istnienie przez sześć miesięcy na łamach tak prestiżowego periodyku. Nie wspominam o tym w tonie przechwałki, tylko w ramach wielkiej wdzięczności za to, że dostałem taką szansę, i na miarę mych skromnych możliwości, starałem się z niej skorzystać. Mam nadzieję, że „Bluszcz” wyda jeszcze kiedyś bujny i owocny pęd!

 Pozdrawiam Czytelników BSNK i „Bluszcza”!



2 Comments

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.