Do kata, do lata

Wiem, że powoli nadchodzi jesień. Za każdym razem odrobinę wcześniej. Jest noc, i chociaż siedzę w fotelu przy zamkniętym oknie, zdaję sobie sprawę, że ona gdzieś tam czyha. Że oplata cichą aurą uliczne latarnie, a chodnikom nadaje szklistą poświatę. Przenika do domostw przez uchylone drzwi i ciała ludzi, zwierząt, przedmioty codziennego i wyjątkowego użytku. Nieproszona zasiada przy stole w kuchni, wymownie spogląda na odstawiony u progu wiosny czajnik z grzanym winem, postukuje kosturem, powłóczy liściastymi stopami w poszukiwaniu ciepłych kapci do telewizora. Z pretensją spogląda na sandały i krótkie spódnice. Lepiej nie oglądać przy niej zdjęć z Juraty, ani napomykać o wczasach na Majorce.

Kalendarz wysyła nieśmiałe sygnały, że jeszcze powinna trochę zaczekać, ale ją to guzik obchodzi. Stosuje taktykę żabich skoków. Niepozornych faktów dokonanych. Tutaj obniży o kilka stopni temperaturę w nocy, schłodzi wodę w rzece, zmusi młode pary do szukania cieplejszych wykrotów. Sąsiedzi na działkach doradzają sobie wcześniejszy zbiór winogron i robienie obfitych zapasów na zimę. Z półek księgarń znikają poradniki kulinarne, internet ledwo dyszy od ilości wejść na strony poświęcone marynatom, wędzonkom, powidłom. Ludzie przeczuwają, że może być ciężko, nie darząc do końca zaufaniem dostawców spożywczych.

Wygląda na to, że planeta doznaje przyspieszenia. Pory roku, ludzkie sprawy, historie i zdarzenia, też muszą zatem dziać się szybciej. W jakiś niepojęty sposób czas i przestrzeń starają się podążać za nie wiadomo czym i nie wiadomo gdzie. Ogonek kolejki zaczyna falować i za którymś razem uda się dostrzec z jego perspektywy początek. Trwa nieustanny napór. Ktoś chce kogoś przepchnąć, obejść, pominąć. Nie zdążymy jeszcze dobrze poczuć na języku smaku jajka, a już trzeba będzie siadać do karpia. Idąc na plażę trzeba będzie zabierać ze sobą parasol i szuflę. W oczekiwaniu na pierwszy śnieg albo ostatni deszcz.

Każdy Czubaszek musi mieć swego Andrusa, a mnie tak coś dusi i uwiera, kiedy siedzę samotnie nad filiżanką kawy. Patrzę na puste miejsce przede mną. Staram się je wypełnić żywym wspomnieniem. Skoro nie mogę mieć oryginału, modlę się chociaż o hologram, o coś, co dałoby się złudnie materializować i przywoływać. Takie małe cacko z dziurką, z którego wychodzi chmielakowa magdalenka.

Mariusz Kargul

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.