Głosem nieobecnego

Jak gdyby nigdy nic minął rok bez Mariusza Kargula. Każdy, kto boleśnie odczuł tę stratę, nosi w sobie odpowiedź na pytanie, co się zadziało, co zmieniło, czego konkretnie brakuje. A może po prostu amputacja czyjejś obecności to jedynie chwila, kiedy w duszy czuć rażenie prądem. Potem mija. Czas leczy rany, pomaga się rozliczyć, rozstać, dalej żyć. Przecież wszyscy zmagamy się z bieżączką codzienności. Rocznica staje się chwilą nostalgii, którą w ostateczności, samotnie czy wśród ludzi, da się przetrwać.

Jak gdyby nigdy nic w Lublinie, 25 października, pojawił się akustyczny ślad Mariusza Kargula. Zielony Talerzyk, niewielka knajpka, do której ponoć lubią przybywać cyklicznie czytający teksty i piszący wiersze, ugościł przybyłych, jeszcze niezziębniętych wieczorowym chłodem. „Przy Mariuszu mogłam pobyć sobą” – usłyszałam od jednej bliskiej mu znajomej. „Przy Mariuszu każdy przez chwilę czuł się ważny” – powiedział ktoś inny. Było też sporo zaciekawionych par oczu, które nie wiedziały, o kim będzie mowa.

Rok temu, podczas lektury jednego ze wspomnieniowych tekstów, zatrzymałam się przy zdaniach napisanych przez Martę Kordas, dyrektor Biblioteki Publicznej Gminy Ruda-Huta: „Dziś [podczas pogrzebu – red.] jesteś w centrum uwagi, choć na co dzień byłeś trochę w cieniu, na uboczu innych, których wyróżniałeś i promowałeś ich osiągnięcia. Dziś to oni Ciebie wyróżniają, służą Ci, doceniają wszystko to, co zrobiłeś dla nich. Ja też dziś Cię doceniam, jestem tu, bo mnie też służyłeś, Przyjacielu”.

Pod tymi słowami mogłyby również podpisać się osoby, które poprowadziły październikowe wydarzenie w Lublinie. Ukazały Mariusza Kargula takiego, jaki sam dawał się poznawać w mejlach do bliskich, przyjaciół. Jakiego siebie wyraził w pozostawionych tekstach. Lektorzy, obok osobistych słów wspomnieniowych i refleksji na temat czytanych treści, użyczyli mu swojego głosu. Stali się głosem nieobecnego.

fot.  Anna Woźniak i Mariusz Bober

Teksty opublikowane w lokalnej, ogólnopolskiej i zagranicznej prasie. Teksty zawieszane na portalach, dostępne po łowach w odmętach sieci. I wreszcie rozproszone, wysyłane w mejlowych załącznikach, z krótkim komentarzem, jak choćby ten:

To zapis chwili, w której się znalazłem. Zamiast zapętlać się w myślach po prostu wstałem z fotela i napisałem [„Do kata, do lata” – red.]. Traktuję to w ramach takiego małego wyrazu wdzięczności i podziękowania za to wszystko, co mnie z Twej strony spotyka.

Mariusz Kargul przez chwilę znów dał o sobie znać. Kilka razy poczułam, że tego, co napisał, słucha nawet absolutna cisza. Były łzy i zaduma. Treści czytane drżącymi głosami, bez uprzednich treningów, stały się tego wieczoru emanacją jego obecności. Ukoronowaniem wydarzenia był recital Moniki Krajewskiej-Woźniak pt. „159 mejli”. Krótkie, szybkie informacje, apele wysyłane do piszącego przyjaciela: „Mańku, Mańku – ratuj!”. I odpowiedzi: „Hej! Jedziemy właśnie do Krasnegostawu. Wysyłam Ci napisany przed chwilą tekst, nada się na Noc Kultury?”. Rozbrzmiewająca po tych wprowadzeniach czułość delikatnego głosu kobiety śpiewającej raz dynamicznie: „Panie Czechowicz, panu tak łatwo szły słowa…”, a innym razem melancholijnie: „Chodź, usiądziemy w oknie domu, którego już nie ma”.

W jaki sposób wspominać kogoś, kogo fizycznie tak bardzo brakuje? Jak ustrzec się przed zbędnym patosem, fałszem egzaltacji, pułapkami, w które łatwo wpaść po kopniakach emocji? Jak przedstawić nieobecnego już człowieka osobom, które nigdy o nim nie słyszały? Jak nie zdeformować wspomnień własnych i słuchaczy – przyjaciół zmarłego? Karkołomne zadanie… Oddaliśmy głos Kargulowi. Wybrzmiał feerią treści, które w sobie nosił. I którymi chciał się podzielić w swoim krótkim, ale intensywnym życiopisaniu.

brzydka postać na k

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.