Grochowem o ścianę

Cienko, ale treściwie, zawiesiście. Tak chciałoby się rzecz w skrócie. W skrócie jakim życie jest pomiędzy przyjściem i odejściem. Być może to cecha dojrzewających mistrzów, że już nie muszą niczego udowadniać, spinać się jak uczeń przed pierwszym razem, ale dają z siebie wszystko, na wydechu. Klarują styl niczym stary góral śliwowicę. Dawkują rozsądnie poszczególne frazy, na podobieństwo których inni wylewają całe wiadra słów. Lata praktyki, skreślania, patrzenia na świat i wewnątrz siebie zmuszają niejako do twórczej karności i ascezy. Grochów Andrzeja Stasiuka jest tego najlepszym przykładem. Przykładem jak zwykle dobitnie zilustrowanym przez Kamila Targosza.

Roboczo książka nosiła tytuł Opowiadania. Wyobraźnia podążała zatem w kierunku nowel mających akcję na Grochowie. Nowel z fabułą, opartą na wspomnieniach z lat spędzonych w sąsiedztwie Placu Szembeka. A tu proszę, ładnie potencjalny czytelnik w grochowiny wywiedziony, natyka się na rozpisany na cztery części zbiór małych form prozą, poświęcony zmaganiom ludzi (i w jednym przypadku zwierzęcia) z rytuałem przejścia. Z prześlizgnięciem się po materii życia, skonsumowaniem go i odmaszerowaniem tam, gdzie jeszcze żaden teleskop ani mikroskop nie powiedział nic mądrego.

Babka i duchyAugustynSukaGrochów (Opowiadanie dla Olka) – cztery krótkie literackie sztychy, niczym cztery spojrzenia Świętowita omiatające arenę życia autora – Podlasie, Grochów, Wołowiec, Wschód i Południe. Cztery próby zmierzenia się z najbardziej nurtującymi człowieka wątpliwościami. Czy to babka pisarza mówiąca o zmarłych jak o żyjących, czy suka kończąca żywot na oczach domowników, czy zaprzyjaźniony pisarz Augustyn Baran, czy też wreszcie przyjaciel z tytułowego Grochowa, posłużyli Stasiukowi do przerzucenia pomostu nad tym, co dzisiaj i teraz, do tego, co przed nami.

Szukanie analogii do poprzednich książek autora Jadąc do Babadag jest ze wszech miar zrozumiałe, więc nie bez kozery wydaje się wypuszczenie sond w stronę Dukli czy Fado, tudzież Dziennika pisanego później. Kto wie, być może wyłaniającemu się właśnie spod palców pisarza Wschodowi, będzie bliżej do Grochowa, niż wcześniejszych pozycji? Sporo tu nieodłącznej u Stasiuka prywatnej geografii i sięgających szczeniackich lat reminiscencji. Można przypuszczać, że Babka i duchy to taki mały ukłon w stronę zawartości następnego dzieła. Bo jakże pisać o Wschodzie bez mistycyzmu i klimatu trącającego o twórczość panów Hessa i Marquez’a.

Najdłuższe opowiadanie stanowi wzruszający przykład literackiego epitafium wystawionego bliskiemu przyjacielowi (którego synem jest tytułowy Olek). Wcześniejsze trzy są czymś w rodzaju preludium do artystycznej konsolacji urządzonej wszak skromnie, godnie, z wyczuciem i empatią. Tutaj bardzo łatwo o tani sentymentalizm i przesadnią ckliwość. Sztuką jest skuteczna obrona przed nachalnym, i poniekąd zrozumiałym w takich okolicznościach, patosem. Stasiukowi znakomicie się to udaje. Opisuje pierwsze spotkanie i ostatnią wspólną podróż na Południe bez wyświechtanych frazesów o „szorstkiej męskiej przyjaźni”. Bo ten rodzaj uczucia łączącego dwoje ludzi nie wymaga koturnowych maskarad, a częściej taktownego milczenia, ograniczania się do pozbawionej komentarzy kontemplacji pejzażu za oknem, za zakrętem, w nas samych.

Patrzenie jak ktoś umiera wywołuje z początku złość i agresję. To stan, który trzeba przejść, aby potem mniej bolało. Autor słusznie zauważa, że dzisiaj nawet śmierć próbuje się podporządkować „normalnym” prawom rynku. Rzadko kiedy umiera się w swoim domu, na łóżku, na którym przyszło się na świat, gdzie spłodziło się dzieci i w końcu zesztywniało. Mało który kondukt zmierza na piechotę na cmentarz. Trumien do wyboru do koloru, można pójść z dymem, lub bez niczego w ziemię. Tylko metafizyki w tym coraz mniej, więc niech każdy lepiej zawczasu wyfasuje sobie patyk albo taran, którym uderzy w niewidzialną zaporę, tak jak Stasiuk swoim Grochowem robi tam małą dziurkę, i zadaje z pozoru dziecinne pytanie: hop, hop, czy jest tam kto!?

Mariusz Kargul

Andrzej Stasiuk, Grochów (z ilustracjami Kamila Targosza), Wołowiec 2012.

Recenzja pierwotnie ukazała się w majowym numerze magazynu BLUSZCZ.

One Comment

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.