Hey Judt!

Pomimo tego, że jedną z najważniejszych piosenek Beatlesów (Hey Jude) napisał Paul McCartney, Tony’ego Judt’a śmiało można nazwać Lennonem współczesnych intelektualistów. Tak samo niepokorny, bezkompromisowy i nie ulegający zawodowej poprawności, zostawił na koniec swej ziemskiej drogi prawdziwą i szczerą do bólu książkę-esej Pensjonat pamięci. O cierpieniu wiedział naprawdę wiele. Zmarł na stwardnienie zanikowe boczne 6 sierpnia 2010 r. w Nowym Jorku.

Trudno jest w paru zdaniach przedstawić jego dorobek życiowy. Nie o to zresztą chodzi. Książka ukazuje wyścig z czasem człowieka, który wie, że nie ma dla niego ratunku, ale pragnie dać świadectwo. Zamknięty w pancerzy choroby, „odcinającej” stopniowo części jego ciała, dyktuje traktat o tym, co go ukształtowało, co było najważniejsze, i o tym, co dziwiąc się sam sobie, świetnie pamięta sprzed kilkudziesięciu lat.

Okładka kieruje mimowolne skojarzenia w stronę Czarodziejskiej góry. W tekście pojawia się nawet nawiązanie do tej powieści. Tony Judt w czasie zmagań z postępującą chorobą stworzył własną mnemotechnikę pozwalającą na wędrówki przez długie nocne godziny samotności zawiłymi meandrami wspomnień i emocji. Nie chciał wtedy nikogo „męczyć” swoją osobą, choć miał do tego uzasadnione prawo. Uwięziony fizycznie na łóżku tworzył w umyśle „pensjonat pamięci”. Nie zamek, pałac czy sanatorium, ale miejsce odwołujące się do jego przeżyć z zimowych wakacji spędzonych z rodzicami w Szwajcarii
w drugiej połowie lat 50.

To nie jest jakiś lament czy darcie szat. Przez to jedno życie przetoczyło się tyle doznań, osiągnięć, zawodów i rozczarowań, że można by nimi obdarować kilka innych osób. Autor po kolei „punktuje” własne etapy życia. Zastanawia się nad korzeniami, rodziną, poszukiwaniem tożsamości. Wszystko podane w najlepszym dla gatunku stylu – niewymuszenie, acz z precyzją godną wytrawnego chirurga czasu. Myśliciel przeciwstawiony nieznośnym ograniczeniom zamierającej fizjologii nie ucieka w żal, wystawianie łatek, tani rewizjonizm. Abstrahując od całej otoczki, Pensjonat pamięci równie dobrze mógłby być dziełem spełnionego zawodowo i życiowo znakomitego historyka, u szczytu kariery. Pozostaje dojmująca świadomość, że tak nie jest.

Tony Judt nie wdziewa kreacji cierpiętnika za wiarę niesionego na łożu boleści ku otchłani nicości. Wciąż pozostaje niespokojnym duchem i umysłem, który zamiast chociażby próbować na parę godzin nocy uciec w ułudę farmakologicznego znieczulenia, wypuszcza
się na wody życia. Wie, że z każdym wiotczejącym mięśniem staje się bardziej Charonem niż Jazonem, lecz ani na moment nie ustaje w poszukiwaniu złotego runa pamięci. Mówiąc kolokwialnie, ciśnie gaz do dechy, nie zostawia sobie taryfy ulgowej, nie wywiesza karteczki z napisem „nie sprzątać”. To daje dużo do myślenia. Często budujemy zamki na piachu, ale na pensjonat, który zostaje pomnikiem, stać tylko nielicznych.

Książka zatacza swego rodzaju holistyczny krąg. Umierający w wieku 62 lat mędrzec staje się na koniec małym chłopcem, któremu największą radość sprawiają przejażdżki kieszonkową kolejką w górskiej miejscowości Mürren. Tak sobie wyobraża wieczność, ponieważ W kawiarence w połowie drogi (…) serwują tradycyjną szwajcarską strawę dla podróżnych. (…) Nic się nie dzieje – to najszczęśliwsze miejsce na ziemi. Nie możemy wybierać, gdzie zacznie się nasze życie, ale zakończyć je możemy tam, gdzie chcemy.

Kto wie, może tak jest w istocie. A może do tej kolejki – na jedynym przystanku na całej linii – dosiadają się Orwell, Camus, Sartre i Mann, po czym świadomi bezmiaru czasu na dyskusje, nie spieszą z wyciąganiem pochopnych wniosków z mijanych krajobrazów, dogmatów i teorii.

Mariusz Kargul

Tony Judt, Pensjonat pamięci, przeł. Hanna Jankowska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 216.

Pierwodruk Hey Judt! miał miejsce w marcowym numerze Ilustrowanego Magazynu Kulturalnego .

2 Comments

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.