Japońscy Kolumbowie, czyli rzecz o uzależnieniu od detektora metali

Świat się zmienił, dziś każdy chce się poczuć jak Kolumb, każdy chce być odkrywcą czegoś. Odkryć coś dla siebie i mieć z tego bonifikatę pieniężną bądź zwykłą satysfakcję. Jednak w tym miejscu pojawia się pytanie czy każdy może być odkrywcą? Przecież nawet odkrycie Kolumba pociągnęło za sobą wiele złego. Więc drogi Odkrywco, czy masz na tyle własnej autorefleksji, żeby zastanowić się czy jesteś osobą z pełną świadomością tego co robi i czy przypadkiem nie pozarażasz własnego odkrycia śmiertelną chorobą przenoszoną drogą własnej chęci odkrycia czegoś. Tak to już jest, że nieumiejętne zabieranie się za odkrycie czegoś, zazwyczaj tajemniczego w przekonaniu prowizorycznego odkrywcy jest robione bez refleksji. Nie będę dalej wprowadzał czytelnika w enigmatyczność mojej wypowiedzi, bo może stać się to po prostu nudne. Kolumbami w tym tekście nazywam eksploratorów, którzy z furią rozwścieczonego odyńca ryją ziemię w poszukiwaniu trufli czyli upragnionych „skarbów” w formie różnych militariów i nie tylko. Bardzo często przynoszą oni spustoszenie na stanowiskach archeologicznych, wyciągając z nich to, co w ich mniemaniu jest cenne, są po prostu anachronicznymi srokami, które przynoszą do swoich gniazd kolejną błyskotkę, by móc później w swoim ptasim radiu, nadać do innego ptactwa co znaleźli – Asinus asino pulcherrimus. Niestety człowiek detektorowej membrany często nawet nie zdaje sobie sprawy, że detonuje most do wiedzy o przeszłości.

Bezwiedne chodzenie z wykrywaczem metali jest coraz częściej zaraźliwe, coraz więcej osób kupuje detektor patrząc z zazdrością na sąsiada, który już ma. Widzimy tutaj chyba podobne zjawisko kulturowe jakie miało miejsce w latach 90, kiedy to niczym w holocenie lasy, na balkonach rosły anteny satelitarne. Ostatnio słyszałem nawet o 70 letniej kobiecie, która na początek swojej jesieni życia postanowiła znaleźć nowe hobby, los chciał, że stała się nim eksploracja pobliskich pól z mnóstwem stanowisk archeologicznych z okresu rzymskiego. Pewnie ów kobieta postanowiła zerwać z konwenansami Babci Polki i ruszyć tam i z powrotem niczym znany z literatury bohater Hobbita, Bilbo Bagins. Może i Ona znajdzie zaczarowany pierścień, a może dzisiejszym zaczarowanym pierścieniem jest właśnie detektor metali, który wciąga ją dalej w odmęty pól, bruzd, jarów, głębocznic, wąwozów i wygonów. Niestety muszę chyba zachować się jak lekarz od uzależnień i powiedzieć wszystkim tym ludziom, że są niewolnikami pierścienia i membrany detektora. O bardzo ciekawym zjawisku dowiedziałem się ostatnio, Japończycy też mają bardzo różne uzależnienia. Jednym z nich jest namiętna gra pseudohazardowa w stylu jednorękiego bandyty, z tym, że nie mogą oni robić tego na pieniądze ponieważ hazard w takiej postaci jest definitywnie zabroniony i tak wrzucają do automatów małe żeliwne kuleczki, po czym różne dźwięki i kolory wychodzące z takich automatów wkręcają ich w inny świat, powstaje wówczas uzależnienie, jakieś niezbadane procesy zachodzące w ich zwojach mózgowych każą im grać, pojawia się przyjemność, dopływa hormon szczęścia – endomorfina. Być może to samo mają nasi domorośli archeolodzy z jednej strony hazard – co dziś wylosuje mi wykrywacz – z drugiej różne odgłosy które wydaje sam sprzęt, wprowadza ich w błogi stan. Widać zatem, że w Polsce pojawia się nowe uzależnienie, kto wie może już za kilka lat dogoni alkoholizm. Chociaż nie, tutaj przesadziłem. Mimo tego Polska zaczyna przypominać Japonię, co jednak będzie kiedy nasi uzależnieni czarni archeolodzy odpiłują sobie gałąź na której siedzą, poczują głód i zapewne pojawi się polskie hikikomori.

Typologia eksploratorów nie kończy się tylko na eksploratorach traktujących chodzenie z wykrywaczem jako zabawę, jako coś co daje nutkę adrenaliny w nudnym codziennym życiu. Są bowiem jeszcze Eksploratorzy Słońce, którzy z premedytacją chodzą po terenach gdzie znajdują się stanowiska archeologiczne, kpiąc z prawa, i mówiąc często: prawo to my!!!! Z tym jednak wyjątkiem, że oświeceniowe myślenie jest im tak obce jak mi język mlasków. Czasami pojawiają się wykrywaczowcy kukułki, którzy studiując archeologię zdobywają wiedzę niezbędną do własnych podbojów. Niczym Cortez ucinają łeb hydrze o imieniu historia, zadowalając tym samym siebie, swoje zamiłowanie do kolekcjonerstwa. Jest to chyba najgorszy typ eksploratora, który wbija nóż w plecy niczym żołnierz NKWD kulę w czaszkę własnego sąsiada. Oddzielnym typem są neoficcy detektorzyści, którzy rozumiejąc swoje złe postępowanie współpracują z archeologami lub zaprzestają rabunkowego procederu. Można powiedzieć, że tacy ludzie przekraczają granicę z totalitarnego państwa niezrozumienia do demokratycznego państwa zrozumienia jak ważnym jest udokumentowanie artefaktów zalegających w ziemi, w kontekstach z których można odczytać o wiele więcej niż tylko piękno przedmiotu, który nie zapominajmy piękny jest tylko dla nas, niekoniecznie musiał być taki dla jego deponenta, być może dla niego był ważny z innych, dla nas często irracjonalnych pobudek.

Kończąc ten tekst mam nadzieję, że wywoła on pewien ferment zwłaszcza w zniewolonych umysłach tak zwanych poszukiwaczy skarbów i uczuli inne osoby na takie postępowanie, gdyż tylko udokumentowane odkrycia terenowe są faktycznymi skarbami, które muszą być oszlifowane w formę historii przez specjalistów posiadających wypracowane metody dokumentacyjne i badawcze – tak naprawdę wydobycie źródeł z ziemi w pełnym kontekście zalegania jest początkiem naukowego odkrycia, które może trwać wiele lat po wydobyciu artefaktu na światło dzienne.

Konrad Grochecki


Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.