KUCHNIA STAROneoKAWALERSKA

Bękarty Ro Nakłowicza, mam do was słowo, i do was burgerkingi, chrupiące skrzące się skrzydełka dziada z JFK KFC, mada wasza faka. Idzie zima, idzie zima.

Podstawowymi składnikami jakie są fundamentem kuchni staroneokawalera są to. Ale najpierw, ale właśnie że nie, wrócimy do meritum nim, i nie zrobię tej dygresji, cwany posiadaczu porządnych butów mejdin baj małe żółte rączki, oranżadka ci w proszek.

Staroneokawaler, to facet który został na urozmaiconym krajobrazowo polu bitwy o nową prawdziwą kobietę w wyniku o właściwościach eksplozji fermentu, został, zasłaniając się jeszcze dzierżoną patelnią w dłoni drżącej, na placu owym, z psem wiernym i samofinansującym się kotem robiącym w branży mysiej.

Also, alora, meine herren, podstawą jest cebula, kartofel i olej. Wiedz bracie, że cały świat może ci, kiedy je masz, naskoczyć. Kiedy już kobieta nie pojawi się, albo zniknie z twojego życia, budzisz się z dusznego snu, do olśnienia. Hehe, podnosząc się z kolan, pierwsze co widzimy to błoto na kolanach, ale to dział pucowanie garderoby. My, mężczyzna, jesteśmy obecnie na temacie- co wkłada się do ust. A więc- wracamy do kolorów podstawowych, żółć, czerwień i niebieski. Olej, cebula, kartofel. Pamiętacie te ich kosmetyczki, ten cały staf, krem na dzień krem na noc. Podkłady i błyszczki, te o wymyślnych kształtach fiolki, pędzelki, waciki i sztyfciki z gąbeczką. To samo robią w kuchni. Kuchnia to ich narzędzie terroru.

Aktem założycielskim nowej kobiety było ogolenie kępy pod pachami, tego jedynego miejsca gdzie kobieta pachnie dziećmi, a zapach ten zapach wywołuje obraz rodzącego się życia, i gotowość podjęcia radosnego wysiłku przy jego zasiewaniu. Potem trzeba było dokładnie wypłukać pachę perfumowanym mydłem, ale jeszcze wtedy utrzymuje się zapachu tego ulotny cień, więc zakatrupiły go dezodorantem.

Każden zbonio seksuolog potwierdzi- kobietę poznaje się z feromono imnienia i nazwiska nosem, to zapobiega pomyłkom, różne rzeczy ludzie mają w papierach, a tam, pod pachą, są dane biometryczne, czyliż to jest właśnie ta jedyna. Dałyście sobie, babeczki, na luz, anonimowane, sformatowałyśta się, z silikonem pod zmęczonymi cyckami, w majtkach z czarnego sznurka, molestowane mejlami przez facetów którym też kazałyście ogolić się, nie tylko na pysku, ale i pod pachami. Ależ ty śmierdzisz, mówią dźwigając te swoje ceratowe worki z niemiecką chemią. To dlatego tak teraz często zdarzają się pomyłki, rozwody, nasila się permanentny zbiorowy samogwałt przed monitorami, już nie tylko emocjonalny. Leje się sperma na młyńskie koła diabelskiego Systemu.

Zasłaniasz się jeszcze tą nieszczęsną patelnią, hufiec tebański odparł atak wylansowanych na maksa persów-perwersów w wyszywanych sukienkach, wytrwał, nie został powleczony w pętach niewolnikiem, Hellada pozostanie swobodna!, Salamina i Maraton. I nie są to marki makaronu oraz do niego sosu. Zo, wiesz już przed czym się obroniłeś, teraz rozpoczynasz poznawanie tego, co było bronione. Rozpoczynasz marsz do źródła. Jeszcze dużo ci się zdaje. Jest tylko fluktuacja wiedzy, kolekcjonerzy są zbyt obciążeni żeby dojść wystarczająco daleko. Żeby się czegoś dowiedzieć, trzeba umieć wiedzę wyrzucać. Toż samo dotyczy gastro. Ciągle zapominać. Orientować się po znakach bożego świata, jeść świeże. Oto drzewo, olsza, na śniegu ustawiony pod nim ruszt, suche gałęzie pod nim, na nim martwy kot.

Na wszystko jest przepis, algorytm, procedura. To ich kredo do konturowania ust. Twoja obroniona właśnie patelnią z powycieranym teflonem wolność, obroniłeś kolory podstawowe. Wyluzuj, nie zeżrę tego kota, chcę go po prostu spopielić, bo dobry był druh i mu się należy szacun na drodze do Walhalli. Zginął w boju.

Piecze się, smaży, gotuje, kisi i dusi. Dokładnie, bulwa po bulwie, ziemniaki płuczemy, zalewamy wodą. Stawiamy następnie na płycie kuchennej i sprawdzamy czy na rusztach jest wystarczająco dużo drewien. W chłodne dni, kiedy lodowe korki zatykają rury, można na hajcujące się szczapy sypnąć z góry przez fajerkę węglem. Ziemniaki gotować wolno albo szybko, to bez znaczenia, jeśli nie pęka skórka wszystko jest oka. Tylko pedzio albo kobieta obiera ziemniaki z mundurka. Wrząca woda wypłukuje z nich wtedy dobre. Muszą stać się po prostu miękkie, a skórka musi je osłaniać do ostatniej chwili, można je wtrząchnąć daże i ze skórką. W przypadku karofla gotowanie to nie zabieg magiczny, skrobia uzyskuje konieczny walor przyswajalności. Karofel nie topinambur którego bulwę możesz opędzlować na surowo jak marchewkę. A kiedy potato jest już ugotowanym, natenczas otwiera się bezkres możliwości, fraktalne drzewko wyborów, smażysz, tłuczesz na pire, na cebuli, albo kroisz na koniec surową, albo jedną mieszasz z drugą. Sól wyłącznie kamienna, warzona, ta jak śnieg jest dla frajerów, ofiar w wymalowanych szponach Systemu. Sypiemy tylko taką sól którą soli się polskie drogi zimą bez końca.

Jeżeli masz kontakty ze spożywczym undergrundem i dostęp do krowiego mleka z wymion, jesteś farciarzem, nie sczeźniesz, rozkwitniesz, jest tłuste zajebiste i szybko się zsiada. Wtedy jest jak eliksir życia, ścięta przez kultury bakterii z wymienia kazeina to balsam. Każde mleko się różni, kozie, krowie i kobiece. Najmocniejsze jest kozie, krowie wyznacza standard, ludzkie jest słodkie i wodniste, ale ten etap mamy już za sobą, nie jesteśmy już dziećmi, a nasze dzieci dawno minęły fazę oses, kobiecego nie będzie, z punktu widzenia gastro to najmniejsza strata.

Gotowanie nie ma początku ani końca. Gdzie bowiem się zaczyna? Pod słońcem które chłoną liście, w fabryce bożego cukru, który trafi do korzenia co spuchnie bulwą. Strąka nabitego fasolkami, pod skorupkę orzecha. Gdzie się kończy? Korzeń wsieciowany do gleby żyznej produktem przemiany martwego w humus. Wyciągasz z tego kołowrotu żywą materię w optymalnej fazie tej przemiany i pożerasz. Najlepszy jest owoc zerwany wprost ze źdźbła ciepłym wieczorem i pochłonięty nim zdąży ochłonąć. Ale my, w naszej kuchni, mamy zimę, czas kiedy jje się to co zdążyło się skitrać, bo za oknem do żarcia jest tylko śnieg. Tradycyjna kuchnia zimowych Słowian oparta jest na kontrolowanym rozkładzie. Barszcz, bigos, kiszona kapusta, solone ryby, wędzone mięso. W chłodzie zimy łatwiej spowalniać procesy rozkładu. Do tego kompoty, wino i wódka, jak darzy, jeśli masz olej kartofle i cebulę już możesz się poczuć obdarzony.

Kuchnia staroneokawalerska jest oparta na hehe świadomości konsumenta. Stan hehe świadomości jest tym co potrawie daje smak, reszta, cały ten galimatias w oparach, to zabiegi symboliczne. To co w pokarmie żywi, jest zamknięte w nim samym, zawsze skracaj, na ile to możliwe, drogę ze źródła do ust. Bądź podejrzliwy wobec formatowanego żarcia miksowanego i hermetycznie opakowanego na liniach.

Dawniej dochodziło do pojedynczych aktów naszczania przez krasnoludki do mleka. Teraz do konfekcjonowanego żarcia defekuje, złożonym systemem rur plastikowych szklanych i stalowych, słynny niemiecki przemysł chemiczny, bulgocząc i popierdując seledynowo-zielonymi fosforyzującymi, jak wskazówki zegarka pokazującego północ, gazami, które unicestwiają florę oraz faunę w pełnym spektrum. Majstersztych polega na tym, że zamiast kijem w baniak z toksynami, dostają za to od populacji kesz, to miara obłędu naszych czasów.

System zły uderzył w najsłabsze ogniwo społecznej konstrukcji, w nasze słodkie kobitki, cyce na wierzch, chorągiew wolności w grabki z umalowanymi pazurami, i hajda na lateksowe barykady! To jedna strona medalu, na rewersie drony sterowane dżojstikami przez białe, wykastrowane larwy odpalają rakiety w kierunku każdego co przypomina konkretnego mężczyznę, czyli ma brodę, broń i wierzy w Boga. System kuma, że z babeczkami zawsze się dogada. Obieca bezpieczeństwo i stabylyzację, i już je trzyma krzepko za silikonowy bufet. Kobitki to najlepszy materiał na kolabo. Niezdecydowani, zdezorientowani faceci, golą wąsy, przystrzygają rzadkie kręcone włosy na jajach, wkładają miękkie lekkie buty, mile widziane sandały, sięgają do torebki po antyprespirant w sztyfcie, idą na ugodę. Dostają papier z pieczątką, że mogą wyruchać kolegę, tak jak to zobaczyli na instruktażowym filmie co dostał właśnie Oskarka Matzeratha, lśniącą złotą statułetkę przedstawiającą karła opierającego się na wibratorze.

Also, meine herren, którzy zostaliście postawieni wobec zwartej pachnącej mocno syntetyczną świeżością linii syczących cycatych furii, będziecie walczyli na śmierć i życie z tą oszalałą małpiarnią? Czynny opór tylko napędza jej obłęd. Wycofujemy się zwartym szykiem do naszego rejonu umocnionego, zagraconych, zapuszczonych nor, z kłębami psiej sierści po kątach, bunkrów starokawalerstwa, woniejących utytłanych pancernych podkoszulków. Skleimy sobie model szturmowego aeroplanu, na pamiątkę czasów sławy i chwały, weźmiemy celulozową książkę, symbol wyniosłej szowinistycznej świńskiej męskiej alienacji, one lubią nas zaciągać przed monitory i ekrany, obejrzyjmy to kochanie razem! Tom Kruz i Nikolas Kejdż z Penelopą Ricz w nowej wysokobudżetowej głównej roli życia. Kobitki mają słabość do ruchomych obrazów. Idą za nimi jak w dym, czujnie je obserwują i nastawiają swój mimetyzm na max, będzie modnie, oj będzie. 

Trzecia wojna będzie się diametralnie różniła od dwu poprzednich, nie wdając się w inne detale, i tym, że poprowadzą ją zdalnie sterowane laseczki. Agresywnie współczujące. Już System im wyświetli co mają współczuć. I dostarczy wszystkich narzędzi, żeby to współczucie bezlitośnie wyegzekwować. Hasła przewodnie to, naturelmą, bezpieczeństwo i stabilizacja. Ale zara, bo już się nakręciłem, mówię jak do chłopa, a ty może, jesteś jakimś wypomadowanym hermafrodytą co właśnie ze lśniącymi oczami odszedł od teleekranu? Ty może kolego dżenderowy nawet nie łapiesz znaczenia terminu System? Jeden panisko inteligentny, konformista noszący trzydniowy zarost każdego dnia, powiedział mi, cynicznie patrząc sobie w oczy, w zwierciadełko o oprawie w kształcie serduszka, SYSTEMU NIE MA, to bałach dla prostaków. Ta kwestia luźno wiąże się z gastro i przepisami na pyszne tartu w szesnaście minut. Ale jednak ma związek z przełykaniem i trawieniem.

Jeżeli masz dostać glejt na podłączenie ust do cycka Systemu, musisz solennie zaprzeczyć jego istnieniu. System chce zachować właściwości stealth, żebyśmy młócili ściśniętymi w pięści garściami powietrze. Popatrz na tego deba. Napierdala się z własnym cieniem, zasmarkał sobie wąsy z przejęcia. Jeszcze jedna sfrustrowana ofiara własnego niedołęstwa. A tamten, pobac, pan jest schludny, uśmiecha się, ma sznur pięknych kwiatów na szyi, kiwa przyjaźnie pulchną dłonią i pokrzykuje przyjaźnie aloha he! Aloha he!

Jesteś otwarty i tolerancyjny, ale nie podejmiesz dialogu z nikim kto będzie twierdził, że glob oplata sieć rur i kabli. Że wagony węgla i tony stali. Że wydrążone, poryte siecią obetonowanych korytarzy, góry. Ropa. Mrówcze kopce wielomilionowych miast, plastry z ludzkimi czerwiami, i bzykające się zdalnie owady w postaci tzw. doskonałej. Błękitanwa poświata nad monitorami, halo ku któremu kierujemy zmęczone spojrzenie, żeby odpocząć. Owalna pigułka na spokojność duszy, okrągła na szybki i twardy sen, zastrzyk z zawiesiny przeciwskurczowej. To wszystko żeby nie zapalić papierosa i nie napić się wódki. Żeby rano nie zapomnieć przypiąć się własnoręcznie pasami do fotela. Żeby w pijanym widzie nie przekroczyć dozwolonej prędkości w drodze na stanowisko pracy. Sformatowany i uniwersalny, przytomny, gotów w każdej chwili udowodnić, biometrycznie uwiarygodnionym cyfrowym doku, swoją tożsamość centralnej bazie danych, masz roześmiać się kiedy usłyszysz słowo System. Sieć światłowodów tłocząca blask, góra światła, iskrzący gigantyczny diament. Krzyżujące się, uporządkowane, strumienie fotonów i elektronów, radiowych fal na różnych zakresach długości i częstotliwości, skoordynowane, zsynchronizowane, opór nie ma sensu, ten strumień rozpuszcza i integruje ze sobą każdą napotkaną strukturę. Uwaga! Gastro! Wchłania ją, trawi, rozbijając na przyswajalne proste składniki pokarmowe. Powtórz- SYSTEMU NIE MA i witay w Edeno. Zajmij wygodne miejsce w brzuchu Molocha. Spójrz tam, tunelem przesuwają się odpady, masy kałowe Systemu, skłębione, poplątane, ogony, uszy, palce stóp i dłoni, gałki oczne, sierść, jakżeż to cuchnie! Ale to już nie ty, ty osiągnąłeś wyższy stopień integracji, porwało cię światło, tu jest czysto, nie ma potu i śliny, wszystkich pozostałych lepkich i słonych wydzielin. Tu nie ma płci, i brzemię moszny czy macicy już nie ciąży ciążą wyzwolonym z siebie ludzkim istotom. Jesteście ostatnim takim, mającym jeszcze kontakt z biologiczną ohydą, pokoleniem. To był zły sen. Teraz jesteście sterylni. Schodząc do podziemi wątpiliście, że idziecie do łaźni, płoszyły was te masywne metalowe hermetyczne drzwi z zatopionym w gumie okrągłym judaszem, irracjonalny lęk, odzywający się atawistyczną klaustrofobią, teraz kiedy już jest po, rozumiecie, że nie było się czego bać. Wasze zawszone i cuchnące niemodne ciuchy dyndają jeszcze na wieszakach w szatni przed natryskami, lecz wy, którzy już jesteście czyści i bezpieczni, nie chcecie do nich wracać, adios!

Zabawiliśmy się ogniem jak było zimno, w epoce lodowcowej, a jak podeschło to się zajęło, i teraz piękny chłodny cyfrowy pożar pożera po kolei nasz skromny dobytek, zamieniając go w wyjebany pod niebiosa dostatek, tony spalonego naleśnikowego tłuszczu bulgocą w podziemnych rynsztokach i kłęby wilgotnego popielatego pyłu w wywalonych pod niebo kominach. Zaraz, bo mi się już jebie, okrągłe na twardy sen czy owalne?

No, to powoli rekonstruujemy przed czym obroniła nas ta spanachana teflonowa patelnia- tarcza. Przed, hehe, cywilizacją białej ateistycznej, świadomej swoich praw i potrzeb kobiety. Sądzę, że jesteście już gotowi żeby zaakceptować prawdę, choć ta piguła nie jest powlekana cukrową glazurą, i w pierwszym momencie zapewne zechcecie ją wykrztusić. Ewa Braun po zaślubinach z Firerem nie poszła gryźć kapsułki z cyjankiem, Wódz klepnął ją w dupę drżącą ręką (fatalne skutki zamachu 20go lipca) i powiedział- leć gołębico, nieś dalej dobrą nowinę, ja tu zostaję, spotkamy się na diamencie. Kordony czerwonych wokół nowej kancelarii były szczelne, ale Ewa była uroczą szczerą prostą dziewczyną, schowała w gacie złotą odznakę partyjną, założyła na blądy chustkę w polne maki na zielonym tle, poprawiłą loki, uśmiechnęła się do puderniczki, spece wiernego Heiniego nauczyli ją jak rozmawiać z krasnoarmiejcami. W tym samym czasie pani Magda Geobbelsowa chowała w majty swoją, uśpiła już dzieci, nie obudziły się nawet kiedy Joseph strzelał sobie w łeb. Ścisnęła dłoń przebranego za kucharkę Bormanna, i ruszyły jak gdyby nigdy nic pod bramą brandenburską, mijając obojętnie jarającego się, z opuszczoną lufą, koenigstigera w kierunku linii, zajętych strzelaniem do volkssturmistów, czerwonych. Przeszły obie. Ostre ruchanko, ale przeszły.

Bormann ocalił setki cudownych przepisów opracowanych przez IG Farben w bezprecedensowej gorączce tworzenia u schyłku tej ostatniej wojny mężczyzn. To była jego polisa na Nową Erę. Kumał trendy, wiedział, że setki kolorowych czasopism dla lasek przyszłości będą chłonęły je jak gąbka. Apetyczna chrupiąca sterylizacja. Niesamowita pistacjowa eutanazja. Eugenika w brzoskwiniowej aborcji. Kontrwywiady aliantów, łapiąc w nozdrza nęcące wonie, rozpoczęły wielki headhunting na topowych kucharzy trzeciego rajchu.

Tu jednak muszę wam powiedzieć, że tamta kuchnia nie ma nic, ale to kurwa nic, wspólnego z kuchnią zimowych Słowian. Nasza, patentowanych leni i abnegatów, oparta jest na zasadzie możliwie najmniejszej ingerencji w jadalny surowiec i kontrolowanym rozkładzie. Tamci na odwyrtkę, przygotowują żarcie z odczynników przyprawionych modyfikowanym białkiem, a potem sterylizują, konserwują i pakują jak amunicję.

We are winter Slavian’s, Our name is Legion, Expect us. No, tyle tego na razie. Weź się chłopie ogarnij, nie zmieniaj z tydzień skarpetek, zapuść się, niech ci z ryja wali solonym śledziem, tym aromatem który odbiera rozum każdemu kotu, walcz! Uparty bierny opór. Wytrzymaj ze sobą, ocalenie się zbliża, noc przed świtem jest najciemniejsza. Wollen Sie den totale Krieg?!

Kazimierz Malinowski

KUCHNIA STAROneoKAWALERSKA to „dziewiczy” nigdzie dotąd niepublikowany tekst. Dzięki uprzejmości Kazimierza premierowo na blogu Brzydkie Słowo Na K  Wkrótce pojawią się kolejne!

Kazimierz Malinowski – pisze powieści, wiersze, artykuły, maluje obrazy, czasem rzeźbi. Nigdy nie pracował na etacie. Zarabia wykonując różne cudaczne prace i tzw. działalność twórczą. Działał w Lubelskiej Autonomicznej Grupie Anarchistów. Debiutował tomikiem „Przedwiosenność”. Publikuje między innymi w „Lampie”, „Nestorze”, „44/Czterdzieści i Cztery. Magazynie Apokaliptycznym” i „Konfliktach Zbrojnych”. Ostatnio częsty gość w Krasnymstawie .

2 Comments

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.