Lubelszczyzna z listopadowego snu

Stanisława Kliszcza pamiętam jeszcze z czasu szkoły. Z liceum, do którego chodziłam, vis-à-vis jego miejsca pracy. Niewysoki dynamiczny pan wpadający i krążący po korytarzu podczas przerw międzylekcyjnych. Gestykulując, malując wizje działań, próbował nas, nieopierzonych nastolatków, zaprosić do Krasnostawskiego Domu Kultury. Przekonać, że życie toczy się gdzie indziej, sztuka i animacja mają odpowiedzi na nasze pytania. Jeśli nie wyartykułujemy ich podczas lekcji, nie musimy tego robić za pomocą napisów na murach.

Pamiętam go z konkursów poetyckich jako organizatora, lektora zwycięskich wersów, konferansjera większych wydarzeń. Zawsze zdumiewała mnie jego umiejętność wymowy prosto do mikrofonu, której niczego nie umiałam zarzucić. Nie znam drugiej takiej osoby w rodzinnym mieście Krasnymstawie, nie wiem, gdzie się tego nauczył i w jaki sposób mogłabym tę cechę od niego nabyć choćby drogą kupna. W końcu nie za takie umiejętności dziś płaci się podczas licznych warsztatów. Ale może Stanisław jest wyjątkiem. Nie wszystko ma na sprzedaż.

SK

To natomiast wspomnienia nastoletnie. Stanisława w wieku dorosłym poznałam przede wszystkim jako przyjaciela Mariusza Kargula. Jako kompani-animatorzy i wysłuchiwacze swoich wzajemnych zwierzeń, opowieści o trudnościach i sukcesach, zdecydowanie mieli się ku sobie. Obserwacja ich działań nauczyła mnie, że przestrzeń nie jest w stanie rozdzielić ludzi, którzy wybrali zawodową drogę rzadziej wędrowaną – krzewienie kultury tam, gdzie sen z powiek spędza przede wszystkim codzienna walka o przetrwanie. Albo w pracy, albo w rodzinie, albo na parnasie. Tym bardziej dotkliwy musiał być ból nagłej, niezapowiedzianej straty tej relacji. Widziałam go w zmarszczonych brwiach Stanisława, obecnego podczas pogrzebu Mariusza. Czułam bezsilność w jego podanej mi na cmentarzu dłoni. Zaangażowanie, jakim wykazuje się już od trzech lat, by upamiętnić zmarłego przyjaciela, kontynuując wspólnie zainaugurowany konkurs poezji miłosnej Ja Cię Kocham, a Ty Pisz!, a także stwarzając przestrzeń do spotkań wokół tematów Kargulowych, jest jak niegasnące światło. Stanisław pilnuje, by w tym baku nie zabrakło paliwa.

Powiadomienie od Facebooka o zaproszeniu na wystawę zdjęć w chełmskiej Galerii Atelier bardzo mnie ucieszyło. Zbiór tych prac miałam szansę obejrzeć już w marcu tego roku, ale wylądował w folderze „Na później”. Oczywiście zaraz po ich ściągnięciu z WeTransferu widziałam wszystkie. Pierwsze wrażenie? Bardzo depresyjne. Nie miałam w tamtym czasie zbyt wiele emocjonalnej siły, nie chciałam więc, by obrazy dodatkowo osłabiały mój stan. A był marzec i miało się ku wiośnie. Postanowiłam jednak podzielić się nimi z jeszcze dwoma bliskimi osobami. Beata, lublinianka prowadząca w Warszawie klubokawiarnię Święty Spokój, odpisała: „Dlaczego jeszcze ich u nas nie powiesiłaś? Są cudne. Plenery podobają mi się najbardziej”. Dariusz, Podlasiak z Grabarki, również trudniący się wymagającą sztuką fotografii, dodał: „Nie są depresyjne, są jak ludzie. Czarnobiałe zdjęcia najlepiej zaglądają do człowieka, do jego środka, poprzez oczy. Kolorowe nie skupiają się tak na tym, co najważniejsze. (…) to na czarnobiałych najlepiej widać światło i sztuką jest zbudowanie nastroju głównie światłem. Pstrykactwo na nich nie wychodzi”.

Sięgam po dalekie od pstrykactwa zdjęcia Stanisława Kliszcza w listopadzie, kilka dni przed wernisażem w Galerii Atelier. Dojrzałam do nich w miesiącu, gdy zaprezentują się szerszej publiczności. W miesiącu dla mnie ważnym, pięknym, niezastąpionym przez żaden inny. W miesiącu, o którym słyszę często: najgorszy z dwunastu, czas zmarłych, leje, wieje, niech już minie. Każdy marzy tylko o tym, by szybko schować się pod jakiś dach, zagościć i osuszyć w ciepłym miejscu. Zatankować cokolwiek, gdy za oknem wszystko wskazuje na brak paliwa.

brak_paliwa_plakat (1)

Sięgam po zdjęcia Stanisława Kliszcza i widzę rzeczywistość, którą znam. W twarzy starszego pana w kapeluszu, naznaczonej historią być może większej części zeszłego wieku, dostrzegam wzrok podobny do sposobu patrzenia mojego niedoszłego teścia. W obrazie dziewczynek zasłaniających buzie słyszę dźwięk ich śmiechu. Jest jak wakacje u babci na wsi pod Zamościem, jak radosna perspektywa dwóch miesięcy wolnego lata i zabaw na kocu przy Okrzei 35, gdy orzech, który dziś zasłania widok na ulicę, był jeszcze zakopaną w ziemi pestką. W nagości mężczyzny przykrytego gęstymi tatuażami widzę szczerość spotkania ze sztuką, która boli. Myślę o jego żonie dotykającej tych ramion – bliższy ciału malunek jest częścią męża bardziej niż ona sama. Czy nie jest zazdrosna?

Pani Anna przekonuje, że cuda się zdarzają. Chcę w to wierzyć i szukam ich w zatrzymanej przez Stanisława codzienności chłopca łowiącego ryby, spacerze kobiety, która usiadła „spocząć” na ławeczce, w odświętności chmielakowego tańca, którego bez licznej publiczności przecież mogłoby nie być. Szukam cudów w pracy fizycznej mężczyzn, z przerwą na oparcie się o…, w sprawdzaniu, czy ramki ula są dokładnie i szczelnie poukładane. W oczekiwaniu na kogoś, kto zakupi wieniec, a przez to może mniej zatęskni za kimś, kogo stracił. Słyszę dźwięki akordeonów – czasem łagodzą wszystkie chropowate tła budynków, czasem podkreślają wystające zewsząd nieprzycięte chwasty i trawy, obłupane odnawianymi nieustannie u zaprzyjaźnionego szewca obcasami schody. W tej muzyce jest też opowieść, którą snują zwałdaszone pościele i poduchy, makatki, zdjęcia, kalendarze, pamiątki, bibeloty.

Stanisław dostrzega nie tylko spojrzenia i twarze, oddaje także głos przedmiotom. Dwa trzymane w dłoni szkaplerze – jak obrączki zdjęte z palców osób, których już nie ma. Jaka jest ich historia? Zagięte, oderwane zdjęcie dwóch mężczyzn z być może wakacyjnego czasu lub wczesnej jesieni. Nie ma zgody między nimi co do nastroju chwili. Nie dostrzegam jej. Zapatrzeni w jeden punkt mieszkańcy wsi lub miasta. Leżący na zboczu mężczyzna czy też coś innego przyciągnęło ich wzrok? Jakie mają sny, czy śnią tak dobrze jak zapewne ten człowiek, uchwycony przez Stanisława w swoim tu i teraz? Będzie cierpieć po przebudzeniu, ale na razie jest gdzie indziej i to wystarczy. Urzeka mnie cierpliwość chłopca oczekującego na strzyżenie lub może jedynie koniec tego zabiegu wykonywanego na kimś, z kim przyszedł. W kolejnej odsłonie starszy pan po metamorfozie. To dwie różne postacie czy też czas tak szybko minął i cierpliwe dziecko zamieniło się w staruszka?

Sięgam po zdjęcia Stanisława Kliszcza, gdzie przestrzeń mówi i nie daje odpocząć, dopóki nie usłyszy odpowiedzi. Rynek parku w Krasnymstawie mgli się lub chyli ku nocy, plac przy kościele św. Franciszka Ksawerego odbija od ściany do ściany genealogów, poszukiwaczy ksiąg z metrykami, mówiąc im: „Nie ma takiej możliwości”. Tędy można jedynie przemknąć – w stroju zakonnym lub na rowerze, byle nie był świeżo wyłowiony z jakiegoś stawu, rzeki, porzucony na drewnianej kładce o ambicjach, by bardziej łączyć, niż dzielić. W tej przestrzeni jest wszystko, czego potrzeba człowiekowi – basen z czekającą za nim zgrabną kobietą, chaciasty dom z mieszkańcem w tle. Nie martw się – ktoś po powrocie na pewno będzie czekał. W razie innych pragnień jest jeszcze kawałek studni i pompa z wiadrem. Może nie pierwszej nowości, ale czym jest nowość wobec pragnienia. Doskonale zdaje się to rozumieć zwierzę zapatrzone w obiektyw. Jakby mówiło: „Nie, nie – nie pozuję. Zastanawiam się tylko, czy most, po którym idzie kobieta z wózkiem, utrzyma ten ogrom szczęścia i zmartwień zarazem”. Czy pies na śniegu czeka, by wyjść jej naprzeciw, czy też to zupełnie inna opowieść? Mur budynku patrzy jednym oknem. Milczy, nie odpowiada.

Obok Braku Paliwa, Wyjazdu, ogłoszeń o nioskach i zabawach dyskotekowych nie można tak po prostu przejść, udać, że ich nie ma. To rozkład mszy św. i kierunków odjazdu organizuje tu dzień, tydzień, miesiąc, rok. Czas świecki i święty spotyka się w awersie i rewersie okna – po lewej obrazek z Jezusem, po prawej – zmysłowe usta kobiety. Z chęcią spytałabym ją, jak to robi, że nie wyszła za linię. W tym świecie, uchwyconym przez Stanisława w południowo-wschodniej Polsce, nie marnuje się ani chwili, nie ma pustych przebiegów ani okien bez firanek. Nawet zmarli zostaną dostarczeni tam, gdzie w końcu wyśpią się i odetchną. W pakiecie ze stosownym ubiorem nigdy nie wyjdą z mody.

Maciej Wierszycki w tomie „Dla Ciebie się stałem” zamieścił krótki „Chociaż”:

Cieszę się,

Że jesteś.

Gdzieś,

W tym samym,

Co Ja

Listopadzie.

Chociaż tyle mam z niego.

O nie, ja mam z niego o wiele więcej. Rodzinne miejsca w każdym czasie, wskazówki, by nie zabłądzić, gdy tam choć na chwilę powrócę, i mimiczne zmarszczki w czarnobiałym filtrze. Wszystkie ludzkie uśmiechy, wielokropki gawęd. Cieszę się, że jesteś, Stanisławie.

Aleksandra Nizioł
Warszawa, 22 listopada 2016
fot. Piotr Galiński

Dodaj komentarz