Off Festival 2012: Oczarowania

Pierwszy utwór, który przyprawił mnie o dreszcze na tegorocznym Offie wybrzmiał dopiero w piątek około godziny 20.00. Jego tytuł to Lady, a sprawcą tego doznania był występujący na Scenie Trójki zespół Chromatics. I to właśnie on otwiera moją listę najlepszych koncertów tegorocznego festiwalu.

Chromatics skupił się głównie na utworach z ostatniej płyty Kill for Love, ale był też klasyczny już In the City czy znany ze ścieżki dźwiękowej filmu Drive – Tick of the Clock. Zaskoczeniem było natomiast wykonanie przeboju Kate Bush – Running Up That Hill, który w tej aranżacji mógłby idealnie wpasować się w któryś z albumów portlandczyków. Publiczność wypełniająca po brzegi namiot żywiołowo reagowała na pierwsze takty kolejnych utworów i delikatny wokal Ruth Radelet. Wątpię, aby wpływ na frekwencję miał deszcz i uciekinierzy z koncertu Nosowskiej. Organizatorzy źle oszacowali popularność Chromatics w Polsce. Należała im się co najmniej Scena Leśna.

Na niej w tym roku najważniejsze (dla mnie) koncerty odbyły się w sobotę. W przypadku Other Lives trudno ustrzec się od porównań do ubiegłorocznego koncertu Dry the River. Ta sama scena, podobna pora występów i najważniejsze – muzyka przepełniona porównywalną wrażliwością. Oba zespoły umiejętnie połączyły folk z indie rockiem. Tym pierwszym wyszło takie cudo, jak Weights and Measures, drugim – Tamer Animals. Ten utwór stanowi moją ścisłą czołówkę singli ubiegłego roku. Do Radiohead, jak chce wielu krytyków, sporo im brakuje, ale jest coś na rzeczy. Niedawno Tamer Animals zremiksował Atoms for Peace – projekt Thoma Yorka.

Na utwór Dowtown grupy The Shipyrad trafiłem dosyć przypadkowo. Co jakiś czas przeglądam serwis bandcamp w poszukiwaniu nowej polskiej muzyki. Najczęściej posługuję się przy tym tagiem Poland. Tak, The Shipyard jest z Polski. Ściślej z Trójmiasta. Trudno w to uwierzyć, bo w naszym kraju dawno nikt nie grał w taki sposób. Ciężko i melodyjnie, łącząc zimną falę i punk. Nie bez przyczyny porównuje się ich do My Bloody Valentine czy Slowdive. Podczas półgodzinnego występu zaprezentowali większość materiału mającego ukazać się 31-go sierpnia na  płycie We Will Sea. (Szykuje się debiut roku). Dodatkowo przedstawili porywającą ekspresję na scenie. Uwagę na siebie zwracali, szalejący z gitarą Michał Miegoń i wokalista Rafał Jurewicz, który miotał się po scenie przez większość koncertu, jednocześnie bez trudu wyśpiewując partie The Shipyard czy Music Is Only Chance. Dziękuję w tym miejscu Rojkowi, że zaryzykował i zaprosił zespół znany do tej pory tylko z jednego singla. Opłaciło się. Z minuty na minutę coraz więcej ludzi pojawiało się pod Sceną mBanku. Żałować można tylko, że koncert trwał tak krótko.

Godzinę na Trójkowej Scenie dostał Afro Kolektyw i wykorzystał ją na stworzenie chyba najlepszego show podczas tego festiwalu. Zaznaczyć trzeba, że showman był tylko jeden, a nazywa się Michał „Afrojax” Hoffmann. Swój występ zaczął w płaszczu, kapeluszu i z parasolem w ręku, by w momencie wykonywania Seksualnej czekolady zostać tylko w samych bokserkach. Jednak to inny utwór Niemęskie granie z ostatniego ich albumu Piosenki po polsku był tym najważniejszym podczas katowickiego koncertu. Miła melodia i przede wszystkim ponadczasowy tekst Afrojaxa. Niemęskie granie zdecydowanie zasługuje na miejsce obok największych rodzimych szlagierów muzyki rozrywkowej. Podczas występu sięgnęli również po utwory z trzech poprzednich płyt oraz numer niejakiego Krzysztofa Gosa ukrywającego się pod pseudonimem Gospel – Hyc o podłogę.

Daughn Gibson by przekonać do siebie publiczność zgromadzoną w namiocie Sceny Eksperymentalnej potrzebował tylko Maca i mikrofonu. 31-latek z  Pensylwanii dostał za swoją debiutancką płytę All Hell od serwisu Pitchfork wysoką notę 8.1. Występ w Katowicach udowodnił, że nie jest to ocena na wyrost. Oszczędne, elektroniczne brzmienie z elementami country plus mocny, głęboki głos Daughn’a okazały się mieszanką wybuchową. Kolorytu występowi dodawały krótkie historyjki autora pomiędzy utworami oraz gesty sceniczne często kojarzące się dwuznacznie. Gibson miał być sensacją Offa… i był. Cieszę się, że zostałem jednym z pierwszych, którzy doświadczyli jego piekielnych mocy, od których nie mogę uwolnić się do tej pory.  Czas więc kończyć. All Hell wzywa. 

2 Comments

  1. Afrokolektyw prezentuje dokladnie to czego w polskiej muzyce nie lubie, ale moze to tylko ja. Poza tym fajna relacja, piszesz o innych zespolach niz wiekszosc recenzentow.

  2. Pingback: Na wschód | BSNK

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.