Pochwała akwarystyki

W młodości parałem się hodowlą i rozmnażaniem na skalę powiatową rybek akwariowych. Już od dobrych kilku lat staram się jednak zajmować szeroko rozumianą działalnością literacką. Mam czarny płaszcz, dandysowski kapelusz, sięgające ramion włosy, chmurne wejrzenie i opryskliwy sposób bycia. Nie szanuję klasyków, do kolegów i koleżanek „po piórze” odnoszę się z lekceważeniem, a debiutantów traktuję jak uporczywie nawracający zakwit sinic. Dostrzegam innych ludzi wokół siebie, lecz przydatność owego istnienia potwierdza się tylko w sytuacjach, kiedy mogę ich użyć jako materiału do kolejnych utworów. Owszem, mam żonę, ale sypiam z Masłowską, Tokarczuk robi mi śniadanie, a drzwi otwiera przede mną Grochola. Jest mi przykro, że sprawdzeni przyjaciele są już na tamtym świecie. I naprawdę nie ma w tym mojej żadnej winy, że Miłosz, Gombrowicz, Herbert czy Herling-Grudziński nie mogą opowiedzieć o wpływie mojej osoby na ich twórczość…

Takie to wszystko dokoła obmierzłe i nijakie. Dzieci tępawe, sąsiedzi skretyniali, pasażerowie w autobusie przypominają rasowe okazy z jakiegoś dalekowschodniego bestiarium, a spowiednik dalej ma pretensje o to, że nie trzymam rąk na kołdrze. Niech się lepiej zajmie dziurami w dachu kościoła, wszak rzeczywiście Duch Święty hula sobie kędy mu dogodniej. Muszę co niedziela udawać prawego katolika, bo inaczej wywiozą mnie stąd na rozrzutniku. W trakcie mszy celowo klękam i podnoszę się z opóźnieniem, byle tylko móc zobaczyć, która z nobliwych parafianek ma na sobie różowe stringi, a której nie wystarcza na żyletki i włos jej pląsa ochoczo po kroczu, odnóżach i ustach.

Staruszki z miejscowego Koła Gospodyń poprosiły swego czasu o napisanie kilku dobrych słów na temat jednej z nich, która w wieku 89 lat zadebiutowała na niwie literackiej. Już miałem się nadąć, prychnąć, psami poszczuć, kiedy padło sakramentalne: „Panie, a wiela to bedzie?”. Przyuczon na kursie kreatywnego pisania do natychmiastowej reakcji na tego typu dictum, rzekłem od razu: „Jak od pań szanownych, to z dwiesta za pięć pochlebnych zdań na okładce. Płatne z góry, mile widziane dodatki w postaci darów natury”. Niesiony natchnieniem, nawet nie zorientowałem się, że wszedłem w rym. W tym momencie ich nestorka zaczęła zdejmować z siebie zapaskę. Na szczęście w porę zdążyłem wyjaśnić, że chodzi mi o miód, mleko, schabik i inne jajka. Pochwaliłem przy okazji lotność jej dowcipu i obywatelską postawę.

W życzliwym „blurbie” stanęło więc: „Ludowa i patriotyczna poezja naszej siostry Dobrogniewy Zdziąsłej przesiąknięta jest głęboką chłopską mądrością, umiłowaniem roli, miłością Ojczyzny i obroną podstawowych wartości religijnych i ludzkich. Z jej debiutanckiego tomiku Krowy i słowiki granic nie znają bije duch wojów Krzywoustego, słychać chrobot mieczy Jagiełłowych wrzynających się w czaszki Krzyżaków pod Grunwaldem, zalatuje łopot skrzydeł husarskich spod Wiednia i dwustuletnia woń niemytych stóp pątników zmierzających do miejsc świętych. Sterana wiekiem i walką z wszelkimi możliwymi okupantami, nasza babcia kochana, wydała na świat nie tylko czworo dzieci, 12 wnuków i 18 prawnuków (specjalna nagroda od wójta za „niespożytą aktywność na polu prokreacyjnym wsi i gminy oraz nieuleganie wrogiej propagandzie antykoncepcyjnej”), ale pokusiła się także o przelanie na papier swych myśli, trosk i małych radości. Dzięki temu światło dzienne ujrzał szokujący na swój sposób zbiór wierszy, które stawiają Dobrogniewę gdzieś między Pockiem a Puckiem. Autorka chyli się już co prawda nad trumną, ale nad dziełem jej życia pochylają się również powoli uniwersyteckie siwizny i krytykanckie łysiny. Nie bądźmy więc obojętni wobec tak dobrego kawałka literatury, unieśmy swe znużone postmodernistyczną codziennością członki i udajmy się do najbliższej księgarni Społem po tomik, w którym krowy mówią ludzkim głosem, a dopłaty z Unii wypłacane są co miesiąc!”.

Ostatnie zdanie dodałem gratis, żeby po wsi nie poszła fama, że zdziertus ze mnie i hochsztapler. Zresztą, jak tu nie uczynić czegoś miłego dla pani Dobrogniewy, skoro w jednym z wierszy (pt. Upiór w PeGeRze) z rozbrajającą szczerością wyznaje: Dojrzewałam, kwitłam, tuliłam chłopców do łona / Gdy do wsi wjechał kombajn i na mym polu skonał / Prosiłam, błagałam, płakałam / I znowu od życia w dupę dostałam. Znawcy twórczości autorki Krów i słowików dotarli niedawno do emerytowanego dyrektora PGR-u Jana Bezrolina i ustalili, że wspomniany kombajn naprawdę wjechał na pole pani Dobrogniewy i z bliżej nie wyjaśnionych przyczyn całkiem zeszło z niego powietrze. Wrak stał tam jeszcze przez kilka żniw i napawał swym widokiem oczy piewców agrokulturowego industrialu. A tak na marginesie, dyrektor Bezrolin wspomina w wywiadzie-rzece (zawartym w antologii Stonka nie była naszym wrogiem. Kierownicy domów kultury i dyrektorzy PGR wobec wyzwań transformacji), że tę dupę, co to w nią tak Zdziąsła od życia dostała, on długo i z namaszczeniem przywracał do stanu pierwotnej użyteczności.

Złośliwi twierdzą, że w oryginale tytuł debiutanckiego tomu miał brzmieć: Byliśmy sanacji kulą u nogi, ale wójt i starosta uparli się, by poezja szła jednak z duchem czasu i odzwierciedlała na przykład wejście Polski do strefy Schengen. Stąd te nieszczęsne krowy i słowiki latające bez przeszkód po całej Unii i srające na głowy z(re)integrowanych Europejczyków.

Mariusz Kargul


2 Comments

  1. Panie Kargul, niech pan uważa na swoje gryzipiórstwo, damy z Koła Gospodyń są mistrzyniami w skubaniu;)
    Świetny tekst!!!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.