Skrupiło się na nas

Do powodzenia każdej imprezy plenerowej potrzebne są trzy rzeczy: wykonawcy, odbiorcy, sprzyjające warunki atmosferyczne. Sobotni wieczór 15 września w ruinach zamku w Krupem dowiódł niezbicie, że pierwszy „Pickwick Literacki”, można było uznać, nie tylko za odbyty, ale i udany. O cenzurki prosimy zapytać tych wszystkich, którzy poświęcili swój czas i uwagę, a dzisiaj tego nie żałują.

W zamyśle organizatorów: Gminnego Centrum Kultury w Krasnymstawie z/s w Siennicy Nadolnej i Klubu Poszukiwaczy Zaginionych Hologramów, chodziło przede wszystkim o wyeksponowanie niezwykłych walorów tego miejsca, które nadaje się znakomicie na imprezy o różnym rozmachu i przeznaczeniu. Świetnie sprawdzają się tutaj zarówno „Sobótki”, jak i wszelkiej maści pikniki. Na tle zamkowych murów, przy pełgających płomieniach ogniska, nad wodą i pod niebem, rozegrał się spektakl stworzony przez serca dla serc. Nikt niczego nie udawał, ani nie musiał robić „pod publiczkę”, dla zaliczenia kolejnej pozycji w kalendarzu. Doszło zatem do niezwykłej krasy mariażu spontaniczności z logistyką.

Całe przedsięwzięcie zainicjował wernisaż wystawy „prac niesamowitych” Anny Oleszczuk z Siennicy Nadolnej. Młoda autorka zaprezentowała przekrój swoich dokonań plastycznych, a wypada dodać, że pisze także wiersze i inne formy literackie. Mamy nadzieję, że po tak atrakcyjnym starcie rozwój artystyczny Ani nabierze dalszego rozmachu, a każdy z nas będzie mógł kiedyś powiedzieć: tak, byłem wtedy w Krupem na pierwszym wernisażu naszej gwiazdy.

A gwiazdy po kolei wschodziły na firmamencie. Kolejną z nich był Stanisław Jachymek, który przyjechał z Guciowa, w towarzystwie zamojskiego poety i satyryka Krzysztofa Konopy, promować swój debiutancki tomik „Żeleźniakiem w chmurach”. W jedyny i charakterystyczny dla siebie sposób opowiedział uczestnikom „Pickwick’u” o tym, jak można żyć w szczęściu i zgodzie z samym sobą oraz wszechświatem. A przy tym „robić interes” na pięknie i krajobrazie. Daj Boże każdemu taką misję i satysfakcję z losu.

Natomiast Iza Gawęcka wprowadziła swoim działaniem parateatralnym nastrój refleksji nad wyborami, których dokonujemy w naszym życiu i stosunkiem do miejsc, z którymi czujemy się związani. Wszystko za sprawą autorskiej interpretacji fragmentu prozy Jerzego Lovella. Izie należą się wielkie brawa.

Recital Moniki Krajewskiej rozwiał wszelkie złudzenia odnośnie tego, co robimy i czego oczekujemy od tego miejsca. Z każdą kolejną piosenką zacieśniał się krąg słuchaczy wokół jej głosu i ogniska. Monika posiada niezrównany dar wprowadzania podziwiających ją widzów w świat wykonywanych przez siebie utworów. Nie wszystkim i nie zawsze się to udaje. A Krajewska konsekwentnie podbija swoją klasę i zmierza we właściwym kierunku.

Ci, którym pomimo następującego chłodu, udało wytrwać się do końca, zostali uraczeni nocnym deserem-niespodzianką. A było nim czytanie wierszy przez zaproszonych autorów: Krzysztofa KuligaRoberta GałanaKrzysztofa KonopęMariusz Kargul przeczytał wiersze Jana Henryka Cichosza, który musiał wcześniej opuścić imprezę na swej legendarnej – niemal jak zamkowa dama – białej damce.

Sztuka nie dania plamy na dziewiczej imprezie powiodła się lepiej, niż należało się tego spodziewać. Kto wie, może w pewnym momencie, na zamkowych murach przysiadły duchy dawnych właścicieli i mieszkańców, wsłuchane w głosy i serca uradowanych Pickwick’owiczów. Nie zdziwiłoby nas wcale, gdyby nawet sam pan Dickens przechadzał się pośród blanków, sprawdzając, czy poziom wydarzenia nie urąga zapożyczonej od niego życzliwie idei…

 

                                                       fot. Wojciech Machejus

fot. Wojciech Machejus

GCK

One Comment

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.