Śni się Krasnystaw

Miasto jest właściwie do przyjęcia pod pewnymi rygorami. Jeden z nich to stan permanentnego znieczulenia. Najlepiej alkoholem. Cały niepokój egzystencjalny ulega błogiemu rozpuszczeniu dzięki prostym reakcjom chemicznym oraz pomysłowości natchnionych bimbrowników. Pokonywanie uliczek, przesiadywanie na rynku i przed kościołem, zaleganie w zaroślach, przestaje być wtedy obmierzłym wymogiem spełniania czynów akceptowanych społecznie, a staje się łzawą pieśnią wymarszu, celebrowaniem niesłychanej codzienności.

Doba wstaje z klęczek niewinnie. Namiastki porannej toalety, solenna obietnica pracowitego spędzenia czasu, pospieszne śniadanie, jakaś kawa albo herbata. Brak koordynacji, czekanie. Przed południem krótka wiadomość do wspólnika: co robisz, jak ci idzie? Równie zwięzła odpowiedź: byłoby lepiej, gdybyśmy spotkali się na chwilę i porozmawiali. Wzajemne oszustwo, z obopólnym przyzwoleniem. Obaj z P dobrze wiemy czym skończy się nasze spotkanie. Praca, a szczególnie plany, wyglądają o wiele lepiej, kiedy mają solidnie wylane fundamenty. Sprawiamy je na podmiejskich łąkach, w ogródkach piwnych i barach. U Antoniego czujemy się niemal jak w domu. A nawet w czymś w rodzaju prywatnej kaplicy, gdzie pod sklepieniem krzyżują się obrazoburcze „ja już nie mogę” z sakramentalnym „nie pierdol, pij!”.


Rzeczywistość przypływa do nas w statkach kufli i wkładek. Podchodzi z kłębami papierosowego dymu. Zatopieni w chmielowym bursztynie oglądamy zza szyby świat przedstawiony. Po drugiej stronie „babski targ”, ludzie na chodnikach, samochody na jezdni. Czasami zdarza się że odwrotnie. Na ścianie telewizor, w zimie choinka, latem głosy dochodzące z ulicy. Menu niewybredne i wolne od szybkożartego chłamu. Coś w sam raz dla dbających o linię. Czujemy się bezpieczni na tyle, na ile gotówki w kieszeni. Zawsze zostaje zeszyt. Ta ostatnia deska ratunku dusz czyśćcowych, przechodzących już za życia purgatoryjne katusze.

Najspokojniej jest w niedzielne i świąteczne, jesienno-zimowe popołudnia. Odpadają wszelkie złudzenia. Znikąd ratunku. Zostaje prosta rezygnacja, wyzucie z fałszywych pobudek. Zapłakane okna i zamglone ulice koją ambicjonalne porywy. Chciałoby się tutaj zostać do końca, czymkolwiek lub kimkolwiek on jest. I dokądkolwiek prowadzi. W taki czas, proste barowe ławki i krzesła obsiadają tylko ci, którzy muszą uciekać, udawać. Ci, którym nie w smak domowe obiady, wizyty przyjaciół i rodziny. Prawdziwi apostołowie eskapizmu, z minami niewiniątek przyłapanych na wyłupywaniu ocząt lalkom i misiom. Przypadkowi adresaci monologów Jacusia Radyjko, wsłuchującego się swym tranzystorkiem w brzemienną ciszę kosmosu. Nieszczęśnicy, farciarze, patologiczni kondotierzy w jednym, wypełniający do końca swą misję trójcy ściętej. Kwiat miejscowej donkiszoterii, zalegający pokotem boczne tory, marginesy i nawiasy życia. Dziedzice wyimaginowanych fortun przepitych przez przodków w czas sejmików i wolnych elekcji. Pospolite ruszenie zaspanej pobudki do boju. Wierni wyznawcy debetu nawiedzający pobożnie przydrożne kapliczki bankomatów. Rycerstwo pordzewiałych przyłbic, bez giermków i koni, z klejnotem rodu na półce komisu. Pole bitwy już dawno zarosłe ugorem.

Mariusz Kargul

5 Comments

  1. no czuć ducha Krasnegostawu, choć nie czuję go codziennie to jednak po przeczytaniu łezka zakręciła się w oku. Za co dziękuję.

  2. nie rób z siebie niewiniątka, przecież niedawno byliśmy u Bociana

  3. No proszę, jak kulturalnie można opisać krasnystaską chujoze.
    Brawo Mariusz.
    PS: łąki już nie takie atrakcyjne odkąd milicja jeździ tam na przerwy obiadowe.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.