Imieniny Stanisława Bojarczuka

Bojarczuk_2015Dnia 8 maja 2015 roku o godz. 12:00 na Rynku Miejskim w Krasnymstawie odbędzie się impreza „Imieniny Stanisława Bojarczuka. Tego dnia krasnostawianie uczczą drugą rocznicę odsłonięcia pomnika – ławeczki ludowego wieszcza, ufundowanego przez Okręgową Spółdzielnię Mleczarską w Krasnymstawie, a zaprojektowanego przez Karola Badynę.

W samo południe usłyszymy kilka wypowiedzianych interpretacji sonetów, natomiast Paulina Dąbrowska poetycko – lirycznie odśpiewa dwa wyjątkowej urody utwory pochodzące z tomu „Linie liryki”. Wydarzeniu towarzyszyć będzie okolicznościowa, plenerowa wystawa fotograficzna pt. „Krasnystaw Stanisława Bojarczuka. Genius loci kresowego partykularza”, przygotowana niegdyś przez jego nieugiętego propagatora Mariusza Kargula i Dariusza Włodarczyka. Czytaj więcej

Stalówkowe afirmacje

Andrzej Stasiuk: „Nie trzeba Bojarczuka bronić. Jeżeli o mnie chodzi zdecydował czysty przypadek. Nie jestem znawcą Bojarczuka, kompletnie. Po prostu któregoś dnia w Krasnymstawie zaczęliśmy o nim rozmawiać (z Mariuszem Kargulem – przyp. red.) i obejrzeliśmy miejsca, gdzie żył, którędy się przechadzał, i odczułem, że to może nie jest jakoś ważna literacko postać. To jest bardzo ważna postać w sensie takiej opowieści o kulturze polskiej. Jako taki fenomen polskości, chłopskości i takiej narracji o tym, czym jest nasza ojczyzna. Ze swoimi tęsknotami, ze swoimi nieudolnościami. Kim jest Bojarczuk? Typowym Polakiem, który wyrasta z kultury bardzo niekulturalnej, chłopskiej, bardzo marginalnej, kultury niepiśmiennej, powiedzmy. Jednocześnie tym swoim szalonym huzarskim temperamentem próbuje się wedrzeć na absolutne wyżyny liryki – podbija sonet. Chyba najtrudniejszą, tak naprawdę, formę literacką, na świecie, w literaturze Zachodu.

On dokonuje cudów, żeby się zmieścić w tej metryce. I żeby nie wypaść jednak z roli tego chłopa, któremu słoma z butów wychodzi. A jednocześnie się tego nie wstydzi, bo nie udaje, że jest kimś innym. I dla mnie to jest fascynujące w tej postaci. To usiłowanie, to przekroczenie własnego losu. Przekroczenie losu chłopskości, przekroczenie losu polskości. I diabli wiedzą jaki jest ten efekt literacki. On jest fascynujący w sensie takiej zabawy formą”.

(Fragment rozmowy pomiędzy Magdaleną Bąk, Mariuszem Kargulem i Andrzejem Stasiukiem, przeprowadzonej 27 stycznia 2013 r. w Miejskim Domu Kultury w Stalowej Woli – ekskluzywne i obszerne fragmenty niebawem!)

fot. Marta Zorska

Graba!

Kręci się i nakręca!

Gdzieś w połowie listopada dostałem wiadomość od Andrzeja Stasiuka, czy nie zechciałbym pogadać w Stalowej Woli o Bojarczuku. Ja oczywiście na to, jak na lato, bo i Bojarczuk i Stasiuk… Jak zwykle ten drugi nie rozwlekał się zbytnio i tylko dodał, że dał mój numer telefonu organizatorom. Strasznie mnie to zaciekawiło, jak, dlaczego, co gdzie i jak, ale wiedziałem, że uzbrojony w cierpliwość, i telefon pod ręką, muszę czekać jak dziewica na noc poślubną.

Po kilkunastu dniach zadzwoniła Magdalena Bąk, współpracująca z Miejskim Domem Kultury w Stalowej Woli, wyjaśniając, że swego czasu przeczytała moją rozmowę o Bojarczuku ze Stasiukiem w „Tygodniku Powszechnym” z początku 2012 roku (Szaleniec boży w okopach Petrarki), i bardzo jej nasz poeta przypadł do gustu. Podobnie jak paru innym osobom w mieście powołanym na chwałę Centralnego Okręgu Przemysłowego. Potem Stasiuk miał u nich spotkanie autorskie, gdzie nie omieszkano mu o tej fascynacji rzec słów kilka. A Stasiuk, jak Stasiuk, krótko stwierdził, że jak chcą, to możemy o „chłopskim Petrarce” i u nich pogadać. Od słowa do słowa, od jogusia do jogusia…

Czytaj więcej

Grochowem o ścianę

Cienko, ale treściwie, zawiesiście. Tak chciałoby się rzecz w skrócie. W skrócie jakim życie jest pomiędzy przyjściem i odejściem. Być może to cecha dojrzewających mistrzów, że już nie muszą niczego udowadniać, spinać się jak uczeń przed pierwszym razem, ale dają z siebie wszystko, na wydechu. Klarują styl niczym stary góral śliwowicę. Dawkują rozsądnie poszczególne frazy, na podobieństwo których inni wylewają całe wiadra słów. Lata praktyki, skreślania, patrzenia na świat i wewnątrz siebie zmuszają niejako do twórczej karności i ascezy. Grochów Andrzeja Stasiuka jest tego najlepszym przykładem. Przykładem jak zwykle dobitnie zilustrowanym przez Kamila Targosza.

Roboczo książka nosiła tytuł Opowiadania. Wyobraźnia podążała zatem w kierunku nowel mających akcję na Grochowie. Nowel z fabułą, opartą na wspomnieniach z lat spędzonych w sąsiedztwie Placu Szembeka. A tu proszę, ładnie potencjalny czytelnik w grochowiny wywiedziony, natyka się na rozpisany na cztery części zbiór małych form prozą, poświęcony zmaganiom ludzi (i w jednym przypadku zwierzęcia) z rytuałem przejścia. Z prześlizgnięciem się po materii życia, skonsumowaniem go i odmaszerowaniem tam, gdzie jeszcze żaden teleskop ani mikroskop nie powiedział nic mądrego.

Babka i duchyAugustynSukaGrochów (Opowiadanie dla Olka) – cztery krótkie literackie sztychy, niczym cztery spojrzenia Świętowita omiatające arenę życia autora – Podlasie, Grochów, Wołowiec, Wschód i Południe. Cztery próby zmierzenia się z najbardziej nurtującymi człowieka wątpliwościami. Czy to babka pisarza mówiąca o zmarłych jak o żyjących, czy suka kończąca żywot na oczach domowników, czy zaprzyjaźniony pisarz Augustyn Baran, czy też wreszcie przyjaciel z tytułowego Grochowa, posłużyli Stasiukowi do przerzucenia pomostu nad tym, co dzisiaj i teraz, do tego, co przed nami.

Szukanie analogii do poprzednich książek autora Jadąc do Babadag jest ze wszech miar zrozumiałe, więc nie bez kozery wydaje się wypuszczenie sond w stronę Dukli czy Fado, tudzież Dziennika pisanego później. Kto wie, być może wyłaniającemu się właśnie spod palców pisarza Wschodowi, będzie bliżej do Grochowa, niż wcześniejszych pozycji? Sporo tu nieodłącznej u Stasiuka prywatnej geografii i sięgających szczeniackich lat reminiscencji. Można przypuszczać, że Babka i duchy to taki mały ukłon w stronę zawartości następnego dzieła. Bo jakże pisać o Wschodzie bez mistycyzmu i klimatu trącającego o twórczość panów Hessa i Marquez’a.

Najdłuższe opowiadanie stanowi wzruszający przykład literackiego epitafium wystawionego bliskiemu przyjacielowi (którego synem jest tytułowy Olek). Wcześniejsze trzy są czymś w rodzaju preludium do artystycznej konsolacji urządzonej wszak skromnie, godnie, z wyczuciem i empatią. Tutaj bardzo łatwo o tani sentymentalizm i przesadnią ckliwość. Sztuką jest skuteczna obrona przed nachalnym, i poniekąd zrozumiałym w takich okolicznościach, patosem. Stasiukowi znakomicie się to udaje. Opisuje pierwsze spotkanie i ostatnią wspólną podróż na Południe bez wyświechtanych frazesów o „szorstkiej męskiej przyjaźni”. Bo ten rodzaj uczucia łączącego dwoje ludzi nie wymaga koturnowych maskarad, a częściej taktownego milczenia, ograniczania się do pozbawionej komentarzy kontemplacji pejzażu za oknem, za zakrętem, w nas samych.

Patrzenie jak ktoś umiera wywołuje z początku złość i agresję. To stan, który trzeba przejść, aby potem mniej bolało. Autor słusznie zauważa, że dzisiaj nawet śmierć próbuje się podporządkować „normalnym” prawom rynku. Rzadko kiedy umiera się w swoim domu, na łóżku, na którym przyszło się na świat, gdzie spłodziło się dzieci i w końcu zesztywniało. Mało który kondukt zmierza na piechotę na cmentarz. Trumien do wyboru do koloru, można pójść z dymem, lub bez niczego w ziemię. Tylko metafizyki w tym coraz mniej, więc niech każdy lepiej zawczasu wyfasuje sobie patyk albo taran, którym uderzy w niewidzialną zaporę, tak jak Stasiuk swoim Grochowem robi tam małą dziurkę, i zadaje z pozoru dziecinne pytanie: hop, hop, czy jest tam kto!?

Mariusz Kargul

Andrzej Stasiuk, Grochów (z ilustracjami Kamila Targosza), Wołowiec 2012.

Recenzja pierwotnie ukazała się w majowym numerze magazynu BLUSZCZ.