JAK POLITYKA KULTURALNA DEWASTUJE KULTURĘ

To, o czym napiszę jest prawdą banalną. Chyba właśnie dlatego zabrzmi jak herezja, bo chciałbym w tym krótkim tekście sprzeciwić się kulturze. Chciałbym ogólnie dużo więcej, ale – jak obiecałem – tekst będzie krótki, bez przypisów i bibliografii. Można więc potraktować go jako wiersz lub obraz i nie szukać w nim dodatkowych sensów, których umieścić tu nie chcę.

Chcę sprzeciwić się kulturze, a właściwie temu, co za kulturę w ostatnich latach (dekadach właściwie) przyjęło się uważać. Mam ten komfort, że mogę bazować na swoim doświadczeniu, które zdobyłem zarówno jako muzyk niezależny, jako osoba działająca w sferze NGO oraz pracownik instytucji kultury. Spektrum oglądu mam szerokie, a materiału do analizy całe kopy. Z wieloletnich obserwacji i wielce ostrożnego podejścia do sprawy (nie mam potrzeby nikogo urażać personalnie) zrodziło się moje przekonanie, że to, co powszechnie nazywamy kulturą (a właściwiej jest nazywać polityką kulturalną) zabija i poniża prawdziwą kulturę.

Mam nieodparte wrażenie, że polskie ministerstwo od kultury, samorządy i tłuste misie z branży rozrywkowej przybiły sobie piątkę i robią wszystko, aby utrzymać ludzi pod obleśnym buciorem kilku mitów, z których najbardziej czarującymi są aksjomaty, że o wartości dzieła decyduje w pierwszej kolejności ilość osób, która zechce to dzieło uznać, a w rezultacie kupić, czyli – po drugie – zysk jaki przynosi. Kolejny mit to narzucenie autorytetu krytyka i recenzenta (obecnie w tej funkcji media), czyli figury, która zadecyduje czy coś jest dziełem dobrym lub złym i zakomunikuje o tym społeczeństwu. Wreszcie kolejny mit, koniecznej obecności animatora w budowaniu społecznego uczestnictwa w kulturze.

Tu z pewnością pojawia się zarzut, że się przypieprzam i to ostro. Wszystkie powyższe wyszczególnienia na pierwszy rzut oka wcale nie brzmią przecież jak absurdy, ale są uznanymi czynnikami porządkującymi uczestnictwo w kulturze tak licznej rzeszy obywateli, których w samej Polsce jest chyba z 36 milionów. I tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy. Dogmatem całej tej konstrukcji jest założenie, że w kulturze muszą uczestniczyć WSZYSCY. Każdy ma swój udział – poprzez demokrację i podatki – w życiu zbiorowym, więc musi być uwzględniony we wszystkich tabelach wszystkich ministerstw, urzędów, instytutów i kancelarii. Skoro dorzuca się do wspólnego worka, w którym nie ma przegródek, to należy mu się udział we wszystkim, co się z tego worka finansuje. Za pomocą tej prostej racjonalizacji usprawiedliwiamy więc wszystkie, nawet najbardziej pomylone, idiotyczne, przepłacone, przepompowane, chybione i obraźliwe projekty kulturalne (tak, to słowo klucz we współczesnej kulturze), których autorzy nie mogą się nadziwić, że nie budzą powszechnej akceptacji i uznania.

Nie jestem typowym uczestnikiem kultury, a już na pewno nie jestem typowym konsumentem. Nie stać mnie na regularne chodzenie do teatru czy na koncerty, nie stać mnie na fajne ciuchy i ledwo dociągam, żeby wyposażyć się w sprzęt do grania muzyki na poziomie. Z drugiej strony obrzydzenie budzą we mnie marketowe promocje, darmowe produkty i jedzenie z sieciowych fast foodów. Tak też traktuję darmowe imprezy kulturalne. Od kilku dobrych lat zastanawiałem się, co takiego w darmoszce kulturalnej mierzi mnie najmocniej i dlaczego uczestnicząc w takich wydarzeniach jak juwenalia, dni miasta czy miejski Sylwester (ok, nie byłem nigdy na miejskim Sylwestrze, ale przechodziłem tak, jak obok różnych ulicznych festiwali i festynów w moim i nie moim mieście). Doszedłem w końcu metodą indukcji i retrospekcji, że problemem nie są same wydarzenia, ale to, kto na nie przychodzi. Wydarzenie kulturalne, którego treścią jest – powiedzmy – jakaś akcja artystyczna opiera się na obecności i przeżyciu. Obcowanie ze sztuką bez przeżycia i emocji, które temu towarzyszą jest nic nie warte. Aby człowiek mógł coś przeżyć emocjonalnie musi się otworzyć i uwrażliwić, a to powoduje, że jest słabszy i bardziej bierny w stosunku do otoczenia, niż jak – powiedzmy – jedzie w zatłoczonym autobusie. Spełnienie powyższych warunków może odbywać się w bardzo konkretnych okolicznościach, których podstawowym warunkiem jest wspólnota. Bo tylko współobecność ludzi przeżywających, nastawionych i odczuwających podobnie zapewni niezbędne bezpieczeństwo psychiczne do tego, aby wydarzenie kulturalne móc przeżywać. Czytaj więcej