W cieniu jaśminowego krzyża

 W Wigilię Bożego Narodzenia warto zatrzymać się na chwilę, między kuchnią a trzepakiem, i zastanowić, co tak naprawdę nas trzyma jeszcze w tym całym szaleństwie. Pomyśleć o miejscu, mniej lub bardziej wyimaginowanym, do którego chcielibyśmy kiedyś przybyć. Zatoczyć nad nim koło i w końcu zasiedlić, niczym marnotrawne bociany…

W cieniu jaśminowego krzyża

Wujek umarł, kiedy miał dwa miesiące. Nie kiedy ja je miałem, tylko właśnie on. Dzisiaj miałby prawie 70 lat. Sam pewnie byłby dziadkiem, sędziwym panem spędzającym całe życie na wsi. Wiem tylko, że miał na imię Marianek i był pierwszym dzieckiem Stefanii i Stanisława. Po nim przyszły na świat jeszcze Halina i Barbara. W tradycji rodzinnej pozostał jako byt prawie nierealny i strasznie odległy. Wszystko działo się na Zastawiu – w małej wsi we wschodniej Polsce, niezabudowanej zbyt ściśle, dającej odpocząć wzrokowi od życia sąsiadów. W miarę urodzajna ziemia, lasy „pańskie” i „chłopskie”, poprzecinane wąwozami, w których równie dobrze chowało się przed obławą, co samym sobą. Krajobraz przyprawiający momentami o natrętne wrażenie, że pańszczyzna, przynajmniej w skali mentalnej, nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Samowystarczalność stanowiła podstawowy wyznacznik produkcji i konsumpcji. To, czego samemu się nie wytworzyło, trzeba było kupić. To, co trzeba było kupić, oznaczało nierzadko daleko idące uszczuplenie domowego budżetu.

Czas musiał być wojenny albo tuż po. Wtedy to wszystko nie miało takich wyraźnych granic. Płynność i relatywizm przegrywały w walce o przeżycie do jutra. Zestawienia par, takich jak: swój – obcy, przyjaciel – wróg, nie miały czarno-białego westernowego sznytu. Swoim mógł być ktoś, kto w przypływie chwilowego kaprysu jednak cię nie zastrzelił, a obcym człowiek dzielący z tobą najintymniejszą przestrzeń stołu i łoża. Babka uratowała podobno dziadka przed wywózką na roboty do Niemiec. Czasami zastanawiam się, co ich tak naprawdę połączyło. Ludzka godność, prztyczek wymierzony w nos historii, szczere uczucie? Chcę wierzyć, że się kochali, ale to i tak w niczym nie zmienia biegu wydarzeń. Coraz mniej obchodzi mnie chronologia. Nie mogę być zawodowym historykiem, przeszłość stanowi dla mnie jeden wielki konglomerat oderwanych od siebie przyczyn i skutków. Chwilowych zawieszeń w próżni i ciągów sekwencji, przy których kilkadziesiąt lat samotności wydaje się nic nieznaczącym epizodem. Dziadkowie żyli razem stosunkowo niedługo. Stanisław zmarł w wieku 32 lat.

Powojnie wyobrażam sobie węchowo, jako stan wszechobecnej zgnilizny, a zarazem wiosennej nadziei na nowe. Nie wiem, kiedy dokładnie umarł mały wujaszek, ale mogło to być w czasie, gdy w udręczonych ludzi powoli sączyły się już soki odrodzenia. Marne i biedne było to odrodzenie – bez udogodnień cywilizacyjnych znanych większości z nas, choć może bardziej dosadne i odczuwalne. Przed widokiem śmierci nie dało się uciekać. Nieboszczyk na marach – w domach bez prądu, radia i telewizji – stanowił przez kilka dni i nocy niezaprzeczalne centrum obejścia. Martwy w żaden sposób nie mógł wyrazić sprzeciwu, a żywi nawiedzali go celem modlitwy i czuwania. Bez domów pogrzebowych, chłodni i sezonów mody funeralnej, trzeba było pochylać się nad sztywnym ciałem, adorować niezrozumiałe, nasłuchiwać kroków do nieba. Szkarlatyna, infekcja wirusowa, anemia? O przyczynę śmierci Marianka nigdy babki dokładnie nie zapytałem, wydawało mi się to niestosowne. A ona mogła podejrzewać, że mnie to nie obchodzi, i taktownie omijać temat. Tylko raz wspomniała, że kiedy pierworodny umierał, zobaczyła za oknem anioła.

Usiłuję sobie to wszystko układać na półkach wyobraźni, próbując spłacić dług wobec dziadków, a szczególnie babki. Przez wiele lat jej nie rozumiałem. Wydawała mi się przegraną – na własne życzenie – starą kobietą, zatopioną w pracy i modlitwie. Wiek i choroby coraz bardziej zginały jej plecy, pochylały ku ziemi. Rzadko się prostowała. Jeśli już, to w celu zobaczenia czegoś na horyzoncie, zza okularów. Kiedy ma się kiełbie we łbie, spojrzenie wędruje najczęściej w górę, ku obłokom i gwiazdom. W Stefanii niepokoiło mnie jej wieczne zgarbienie. Dzisiaj podejrzewam, że wiedziała i widziała o wiele więcej, niż mogłem to sobie wyobrazić. Patrzyła po prostu w przestrzeń, w którą, wcześniej czy później, trafi każdy z nas. Za życia widziała kraniec.  

Drażniła mnie jej pobożność. I stałe wynajdywanie sobie zajęcia. Dla umysłu szukającego wciąż nowych podniet i zabaw była typowym przykładem dewotki. Irytowała świadomość całego życia spędzonego w jednym miejscu, gdy za progiem świat stał otworem. Zapominałem, że po śmierci męża została sama z dwójką małych córek, gospodarką, przyczepioną do obory jednoizbową chatką, która miała być tylko prowizorycznym lokum, a została domem niemal na całe życie. Dopiero potem dotarło do mnie, że właściwie miała wybór i dokonała go. Zamiast tyle się męczyć, mogła prościej. Nie wybrała jednak z pozoru najłatwiejszego. Nie zostawiła dzieci i miejsca. Wzięła na swoje wątłe ramiona to, co zazwyczaj określa się mianem krzyża.

W wieku kilkunastu lat czułem się oświecony i wyzwolony. Tylko w domu babki coś zawsze nie dawało mi spokoju. Panował trudny do określenia zapach. Kwitnące za oknem jaśmin i bez mieszały się z czymś jeszcze. Nie umiałem tego nazwać. Dochodziła wszechobecna woń starych lekarstw, sprzętów, obrazów, jedzenia. Na mojej top liście ulubionych miejsc dzieciństwa Zastawie długo pozostawało na dalszych pozycjach. Teraz chcę tam wrócić i zamieszkać, stworzyć siedlisko. Wszystkie ścieżki, które wyprowadziły mnie z tamtego domu, zbiegają się ponownie przy jego schodkach. Nie przypuszczałem, że jest tak blisko, czekał lata, by ujawnić mi swoje tajemnice. Zacznę od posadzenia krzewów bzu i jaśminu.

Mariusz Kargul

One Comment

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.