Wujek Benek

WSZYSCY NIEWINNI PISARZE
(fragment powieści)

Wujek Benek wiódł spokojne życie domatora w zacisznym ustroniu pod Krasnymstawem. Mieszkał z matką, a moją ciotką, i utrzymywał się z renty, której zazdrościli mu sąsiedzi. Przyznano mu ją na początku lat 90., w apogeum reformy Balcerowicza, kiedy w całej okolicy odnotowano kilka prób samobójczych. W momencie, kiedy ten i ów przemyśliwał nad sposobem odebrania sobie życia, wujek wracał niespiesznym krokiem z przystanku PKS, z komisji lekarskiej w Chełmie. Właściwie jej werdykt nie zaprzątał zbytnio jego uwagi. Nasłuchał się całych sag o tym, jak można rentę załatwić i co trzeba symulować. Wychodziło na to, że pomysłowość ludzka, z jednej strony, a naiwność członków komisji, z drugiej, nie mają granic. Za wujka całą sprawę załatwiło praktycznie samo życie.

Kilkanaście miesięcy wcześniej spędził upojną noc z ludźmi ze starej klasy nad pobliskim zalewem. Było ognisko, muzyka z magnetofonu, dużo piwa i niewinnych macanek. Każdy padał pokotem, gdzie tylko mógł. Należało jedynie pamiętać, aby nie znaleźć się w wodzie albo na torach. Pociągi jeździły rzadko, ale jednak. Niektórzy mieli ze sobą koce i śpiwory. Wujek przyniósł ze sobą składkową kiełbasę i alkohol. Noc była tak piękna, a ognisko treściwe, że nie zachodziła potrzeba szukania dodatkowego źródła ciepła. Wujek spędzał czas leżąc na boku, zwrócony twarzą w kierunku ognia. Dolną część pleców skrywał mrok. Było bardzo gorąco i przyjemnie. Po północy nikomu nie chciało się już chodzić po drewno do lasu. Spłonęło zatem kilka ochoczo przytarganych elementów pomostu.

Z następstw medycznych tamtej pamiętnej nocy należy wymienić jedną nieplanowaną ciążę i przewlekłe kłębuszkowe zapalenie nerek. To drugie spadło właśnie na wujka. „Spadło” to może jednak nazbyt pochopne określenie, bo skoro coś jest przewlekłe, nie może ot tak, spaść na człowieka. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że występuje spory białkomocz i podwyższone ciśnienie. Wujek odbył kilka wizyt w powiatowych i wojewódzkich szpitalach, czego efektem była remisja choroby i pokaźna dokumentacja medyczna. Było to w pewien sposób na rękę cioci Basi.

Od dawna martwiła się, co będzie, jak wujek zostanie na świecie sam. Problem polegał na tym, że on nie chciał, lub po prostu nie potrafił, walczyć o swoje. Kiedy wszyscy znajomi i krewni przynajmniej usiłowali łapać wiatr przemian w żagle, on najzwyczajniej pod słońcem kierował swój okręt na nigdy niekończący się remont w suchym doku. Nie był patentowanym leniem, nie miał wstrętu do pracy, ani wrodzonych czy nabytych wad rozwojowych. Nie miał też wykształcenia, siły przebicia, kanciastych łokci, twardej dupy, parcia na stołek. Starał się jednak nie żerować na swojej rodzicielce. Owszem, nawet po trzydziestce, zdarzało mu się zaglądać do jej portmonetki, ale wszystko (i z nawiązką) zawsze oddawał. Między matką a synem panowała cicha umowa. Jedno wiedziało o poczynaniach drugiego, ale głośno nie wypowiadało na ten temat ani słowa komentarza.

Żyli we dwoje, w domku po teściach cioci, w okolicy, która latem przywodziła na myśl sen pijanego malarza abstrakcjonisty. Kawałek pola dzierżawionego przez wiecznie pijanego sołtysa, zdziczały na poły sadek i ogródek za stodołą, stanowiły areał możliwy do obrobienia przez dwie pary rąk, bez urabiania ich po łokcie. Za życia teściowej cioci sprawy przybierały całkiem inny obrót. Kobieta bowiem zachowywała się, jakby dopiero co wyzwolono ją spod pańszczyzny albo sideł sanacji. Trawił ją wielki głód ziemi. Miała za złe synowej i wujkowi, że nie podzielają jej agrotechnicznych zapędów.

Mariusz Kargul

3 Comments

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.